piątek, 27 października 2017

O mobbingu w stajniach słów kilka...

  Piękną dzisiaj pogodę mamy na południu Anglii, a my tak na przekór zdecydowaliśmy się podjąć temat dosyć trudny. Temat, który przez wiele lat był zamiatany pod dywan, a wypłynął dopiero niedawno za sprawą Lucy Katan z organizacji British Grooms Association, zrzeszającej osoby zawodowo zajmujące się obsługą koni i stajni. Mówimy tutaj o mobbingu, chociaż ja bardziej "lubię" proste, dosadne sformułowanie - znęcanie się psychiczne nad pracownikiem.

 Projekt nazywa się Grooms Mind Survey i jak na razie jest to seria ankiet badających skalę problemu, a także tworzenie odpowiedniej pomocy dla osób, które doświadczyły złego traktowania.
 Liczby jak na razie niepokoją gdyż około 80% groomów zaznaczyło, że przeżyli mobbing w swojej karierze zawodowej, a około 76% doznało trwałych psychicznych i fizycznych uszczerbków na zdrowiu. Niestety pewna liczba osób z powodu ciężkich przeżyć zrezygnowała z kariery w biznesie końskim. O tym wszyscy od lat wiedzieli, ale głośno się nie mówiło. Za to wiadomo było, na których yardach jest ciągła rotacja pracowników.

Wiadomo, że w dużych stajniach jest zapieprz, trzeba się uwijać z pracą, zwłaszcza jeśli są to yardy sportowe. Wiadomo, że czasem się krzyknie, bluzganie jest na porządku dziennym i ogólnie trzeba mieć grubą skórę i twardą dupę w tym biznesie. Tylko niektórzy zapominają, że dobry groom nie jest cyborgiem. Takimi typowymi "objawami" niezdrowej atmosfery pracy jest m.in. ciągła kontrola, podważanie umiejętności, groźby zwolnienia ("na twoje miejsce mam kilku chętnych" - to jest akurat bardzo zabawne, bo teraz ciężko o dobrego grooma), wyzwiska, obcinanie przerw, obcinanie wypłaty, niewypłacanie nadgodzin, napuszczanie na siebie członków zespołu i moje "ulubione" - silent treatment, czyli totalne ignorowanie pracownika, nieodzywanie się do niego, tworzenie ciężkiej atmosfery i sugerowanie, że cała sytuacja jest winą pracownika. To są takie klasyczne i najczęstsze przykłady.

 W jednej stajni przeżyłam coś niecoś z opisanych rzeczy i powiem wam, że najgorsza przy koniach jest praca w ciągłym napięciu. Można czuć "stresa" przy układaniu młodych koni, ale jest to raczej zastrzyk adrenaliny niż ciągły niepokój. Ja nie miałam jeszcze tak źle, ale dziewczyna z kadry juniorów, która przyszła na staż miała przekichane totalnie. Miała głównie jeździć i pomagać przy układaniu koni, a wylądowała jako popychadło, tania siła robocza, koszmarnie traktowana przez matkę szefa. Na koniec została zwyzywana, bo ośmieliła się odejść.
 Po niej przyszedł chłopak. Miał obsługiwać stajnię i uczyć się jeździć. Traktowany był jeszcze gorzej przez tą panią, ale postawił na wyjaśnienie tej sprawy z szefem. Szef umył ręce od problemu, a chłopak w pewnym momencie odszedł. Zrezygnował w ogóle z pracy przy koniach, chociaż ludzie ze światka jeździeckiego proponowali mu, żeby założył sprawę w Job Tribunal, czyli tutejszym sądzie pracy. Nie zdecydował się, był zmęczony i po prostu wyjechał.

Pracodawcy nie są bez winy, ale niestety pracownicy też potrafią być dla siebie nawzajem ciulami. W obecnej stajni mam teraz sielskie życie, głównie dlatego, że jestem tutaj od początku jej działalności, ale zaobserwowałam nieuczciwe "wyskoki" head grooma do właścicielki. Widziałam też i doświadczyłam na własnej skórze jak dwie inne osoby z naszego otoczenia, również pracujące przy koniach, dawały do zrozumienia, że praca groom'a jest uwłaczająca. Jedna z tych osób wręcz opowiadała wszystkim, że ona "gówna nie wybiera" tylko "trenuje konie". Strach pomyśleć jak traktowała innych pracowników stajni.

 Taki apel na koniec - nie bądźmy dla siebie ciulami....


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz