wtorek, 27 listopada 2012

Wspominki - Fahrem...

...wiatr, deszcz i powodzie w Anglii. Zwłaszcza Walia ma teraz przekichane i to po raz drugi w tym roku, gdyż latem też było tam zagrożenie powodziowe. Wiatr na szczęście wiał dzisiaj głównie od lądu, więc nie było tak zimno. Nie ma co robić, więc na wspominki mi się zebrało...

Co do pytania Ewy z komentarza - Niestety tinker był lonżowany na kawecanie i zwykłej parcianej lonży gdyż właścicielka konia tego używa. Nie lubię tego ustrojstwa, wolę halter z liną i podejrzewam, że gdyby pochodził na halterze wynik naszego "starcia" mógłby być inny. Lonżownika niestety nie posiadamy i odczuwamy jego brak zwłaszcza przy uczeniu koni galopu, pierwszym siodłaniu, itp, itd. Korzystamy wtedy z najmniejszego, kwadratowego padoku. Pomaga, ale to nie to samo.

Lonżownik mieliśmy w pierwszej stajni gdzie na początku mieszkaliśmy, w Fahrem. Właścicielka właściwie nie znała się na koniach, ale na...kurach. Kury były wszędzie, nawet u niej w domu, a były tak oswojone, że gdy wchodziło się na podwórko to otaczała cię taka horda drobiu i patrzyła wyczekująco. Czasami w takich sytuacjach przypominały mi się "Ptaki" Hichcock'a.

No, ale były też i konie...trzydzieści koni, folblutów, mieszkających cały rok na wybiegach. Nieliczne wracały na noc do stajni, głównie te co zachorowały, albo zakulały, oraz Babcia, 37-letnia kobyła. Konie były, bo były. Właścicielka się ich bała, a one zawsze potrafiły zrobić jej jakąś krzywdę, nawet te najspokojniejsze, a to ugryzły, a to kopnęły. Nie miała podejścia. Teorie były dwie, pierwsza mówiła, że do tych koni jakieś dotacje były. Druga teoria, a raczej legenda głosiła, że facet będący wielką miłością właścicielki hodował i kochał konie.

W każdym razie miała tych koni sporo i  to nie byle jakich, niektóre chodziły w tzw. flat race i odnosiły sukcesy. Czarek zajmował się struganiem kopyt i układaniem koni, a potem dołączyłam ja i wzięłam w obroty te już podjeżdżone.


Viki. 3 tydzień pod siodłem.

Viki.
Moją ulubienicą była kara Victoria, którą przezywałam Viki. Klacz czystej krwi angielskiej, niesamowicie urodziwa. Na lonży potrafiła być diabłem, pod siodłem - uosobienie spokoju. Miała też szczególną zaletę, od początku niezwykle miękko nosiła i bardzo szybko nauczyła się chodzić "w zebraniu" (chociaż zdjęcia tego nie oddają). Jak dla mnie byłby to idealny koń do western pleasure.

Tiger


Tiger jest ogierem i właściwie nie wiadomo dlaczego go nie wykastrowali, gdyż nie chodzi w wyścigach, za to bardzo rozrabiał na padoku. Koń niesamowicie inteligentny, aż niebezpieczny z tą swoją inteligencją, z cyklu "nie znasz dnia, ani godziny". Kończysz lonżowanie niby ze spokojnym i "przymulonym" rumakiem, odpinasz popręg, a koń...daje w długą! Za to pod siodłem bardzo spokojny i chętny do pracy. 

Duracell



Duracell, jest odwrotnością Viki - pod siodłem potrafi pokazać, że "chodzi tak jak się nazywa", ale za to na lonży jest niesamowita. Praca z tą klaczą to sama przyjemność, gdyż reagowała bezbłędnie na wszystkie sygnały, a praca kończyła się dla niej dopiero z chwilą odprowadzenia jej na wybieg. Można było rzucić linę na lonżowniku, stanąć, a ona nie sięgnie do trawy tylko będzie czekać. To samo z przemieszczaniem się, zawsze poszła za trenerem. Ulubienica Czarka.

Layla



 Layla, nieco histeryczna i spasiona klacz z jednym niebieskim okiem. Ponoć pół tej klaczy należy do Czarka. A czemu histeryczna? Miała takie specyficzne "zajawki" np. na prawą stronę wykonywała wszystkie manewry, a przy zmianie strony reagowała paniką i nie wiedziała co zrobić. Przy czym różnie z tym bywało, czasami była to lewa strona, czasami prawa.

Blaise

 Mój absolutny faworyt - Blaise, zwany przeze mnie "smokiem". Folblut jak nie folblut, potężny i pięknie zbudowany. Najszczęśliwszy koń na świecie, bo pięcioletni i nigdy nie układany, całe życie łazi w stadzie.

Fahrem. Widok z naszego balkonu.

W Fahrem mieszkało się całkiem sympatycznie i powiem szczerze, że tęsknię za tamtymi końmi, no ale coś za coś, wszystko miało swoje dobre i złe strony. Zawsze możemy tam wracać w wolne dni, żeby jeździć i dalej z nimi pracować.

2 komentarze:

  1. Super mieć takie miejsce w pamieci jak Fahrem. Nawet po to, aby mieć świadomość że zawsze można tam wrócić. Choćby na chwilę... zazdroszczę. Zero presji, zero nerwów.

    Może trochę nudno i monotonnie?

    Ewa-damarina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam nigdy nie było nudno, zwłaszcza jak trzeba było ganiać konie po pastwiskach :D

      Usuń