Wczoraj doświadczyłyśmy z Anitą ciekawej sytuacji. Mianowicie z okazji dnia wolnego wyciągnęłam Czarka na zakupy. Czarek poszedł sobie na dział męski, a my łaziłyśmy po sklepie szukając przecen i rozmawiając po polsku. W pewnym momencie zaczepiła nas pewna starsza pani i standardowo zapytała w jakim języku rozmawiamy, a następnie co myślimy o cenach ubrań w Europie, czy są tańsze. Nie spodziewałam się tego w jakim kierunku ta rozmowa pójdzie...
Pani okazała się Brytyjką, mieszkającą od 40 lat w Stanach Zjednoczonych na Florydzie. Mało tego, mieszkała na ranchu i swego czasu pracowała jako trener i hodowca koni. Gdy dowiedziała się, że obie jesteśmy związane ze stajnią Bob'a Mayhew stwierdziła, że go zna i opowiedziała nam o zawodach, w których przed laty debiutował. Mówiła też o koniach, które sama wystawiała w konkurencjach westowych, głównie o arabach. Wypowiedziała się też krytycznie w temacie, o którym kilka dni temu rozmawiałyśmy z Anitą - Barrel Racing w UK.
Ogólnie wszystkie "beczki, tyczki i rodeo" to w Anglii temat tabu. Nie wolno się przyznawać do lubienia tych dyscyplin. Jest jedna stajnia organizująca zawody, ale nie chcą o tym pisać, ani wystawiać zdjęć do sieci w obawie przed publicznym linczem. Ponad rok temu podczas naszej pierwszej posiadówy z brytyjskimi westowcami "zagaiłam" temat. Szybko zostałam "zgaszona", że o tym nie należy mówić głośno, bo to nie są najlepsze tematy do rozmowy.
Pani, którą spotkaliśmy wczoraj, również śmiała się, że w kraju polo i pony club dyscypliny rodeo są traktowane jak "ciemna strona mocy". To znaczy nazwała to odpowiednio "po imieniu", ale tutaj na blogu wolę tego nie przytaczać.
Monolog pani zszedł też na to jak obecnie wyglądają dyscypliny typu Trail i Western Pleasure. Oj, oberwało się trenerom i zawodnikom. Przede wszystkim chodzi tu o galop, który ewoluował w ekstremalnie wolny i nienaturalny lope, na granicy przerwania ciągłości chodu. Jednym z plusów jest jednak to, że coraz częściej nisko ustawione konie są gorzej (niżej) punktowane, gdyż teraz dąży się do ustawienia naturalnego i przede wszystkim komfortowego dla konia.
Następnie temat zszedł na ukochaną rasę naszej starszej pani - Tennesee Walking Horse...i na to co z nią zrobiono. Rasa ta jest znana ze specyficznych chodów typu flat walk i running walk. Obecnie, żeby uwydatnić i "ulepszyć" te chody trenerzy dopuszczają się aktów okrucieństwa wobec koni m.in. przywiązując łańcuchy i ciężarki do przednich pęcin. Oczywiście wiele organizacji zwierzęcych i sportowych walczy z tymi praktykami, ale ciężko kontrolować wszystkie ośrodki treningowe.
Notabene opinie owej damy na temat dzisiejszego treningu koni zbiegły się z pewnym artykułem opublikowanym w gazetce rozsyłanej członkom Western Equestrian Society - czyli jak zmieniło się futurity przez te wszystkie lata i co teraz dzieje się centrach treningowych, za zamkniętymi wrotami ujeżdżalni, a także na rozprężalniach przed zawodami.
Na zakończenie pani spytała co sądzę o włoskich reinerach. Stwierdziłam, że to świetni fachowcy, jeżdżący z niebywałą finezją i stylem. Pani zgodziła się ze mną dodając, że te parę lat temu Włosi uzyskali dostęp do znakomitych trenerów, a później zyskali też zaufanie hodowców co skutkowało dostępem do świetnych koni i co najważniejsze - zacnych kontraktów.
Podczas całej rozmowy pani "dołożyła" też młodym Amerykanom i Brytyjczykom, ale nasz blog nie służy do politykowania, więc ten wątek pominiemy. Podsumowując - po raz kolejny otrzymaliśmy dowód, że wiele osób w pewnych tematach myśli podobnie jak my. Poza tym nigdy nie wiadomo kogo spotkasz w sklepie z ciuchami.
poniedziałek, 22 lutego 2016
środa, 17 lutego 2016
Przygotowania do sezonu 2016
Długo nic nie pisaliśmy, ale w sumie było dużo zawirowań...przeprowadzka, brak internetu...
Gringo spędza swoją pierwszą zimę w Anglii i jak na razie dzielnie daje radę. Ma teraz "własny" padok z wiatą, który dzieli razem z klaczą AQH, Chico. Na początku ją gonił, ale teraz to "jego kobyła". Pierwszy raz w życiu chodzi w derce przez cały czas, wcześniej nigdy nie był derkowany, ale deszcze niespecjalnie mu służą.
Oczywiście zbyt pięknie nie jest, bo błoto wszędzie, a miesiąc temu mieliśmy zagrożenie powodziowe i wszystkie padoki w okolicy płynęły. Gringo spędził wtedy kilka nocy w boksie, wychodząc na wybieg tylko w dzień. Dobrze mu to zrobiło, gdyż mógł odpocząć od tego ciągłego deszczu.
Od początku lutego jest nieco lepiej, bo temperatury poszły w dół dzięki czemu pogoda jest ładna, a przede wszystkim to całe błocko WYSYCHA. Zwłaszcza, że mieliśmy tu trochę przebojów ze słynnym "mud fever"(gruda) i zmianami grzybicznymi wokół oka. Grzyba zwalczyliśmy, z grudą też sobie daliśmy radę, żeby było zabawniej to obie rzeczy wystąpiły jak stwierdziliśmy, że odstawimy na trochę czosnek. Błąd...Zresztą po tych atrakcjach już nigdy nie zwątpię w suplementy diety.
Teraz mamy całą baterię specyfików - maści, płynów i sprayów, każdy na co innego. Ot, profilaktyka...chociaż w sklepie jeździeckim w "naszej wiosce" dziwnie się na mnie patrzą jak uzupełniam zapasy.
W grudniu musieliśmy wykosztować się też na osobny elektryzator i baterię, gdyż Gringo jak na inteligentnego konia przystało, wyszedł był z padoku. Oczywiście wcześniej przetestował całe ogrodzenie. Zresztą okazało się wtedy, że prąd w ogóle nie dochodził do dalszych pastwisk. Spędziliśmy cały dzień na naprawianiu i sprawdzaniu całego ogrodzenia i teraz obsesyjnie pilnujemy czy światełka na elektryzatorze palą się na zielono. Tylko Gringo nie może nosić swojej lanserskiej derki z kapturem, jedynie zwykłą, która nie zasłania mu szyi. Dzięki temu respektuje pastucha.
Pierwsze zawody w sezonie mamy 16 kwietnia, a konkretne treningi planujemy rozpocząć pod koniec lutego, początek marca. Grudzień, styczeń i teraz w lutym Gringo był raczej lonżowany niż jeżdżony, chodziliśmy też na spacery w ręku. Odpoczywał jak większość koni przez zimę. Aura po prostu nie sprzyjała. Wbrew pozorom łatwiej jest jeździć przy niższych temperaturach niż przy deszczu i wilgoci, nawet gdy ma się dostęp do hali. Notabene był moment, że halę też nam zalało.
Planujemy teraz wystawić go w kilku konkurencjach, a nie tylko w jednej jak za pierwszym razem. Debiut ma już za sobą, więc warto podnieść poprzeczkę zwłaszcza, że teraz jest w o wiele lepszej formie niż wtedy.
Gringo spędza swoją pierwszą zimę w Anglii i jak na razie dzielnie daje radę. Ma teraz "własny" padok z wiatą, który dzieli razem z klaczą AQH, Chico. Na początku ją gonił, ale teraz to "jego kobyła". Pierwszy raz w życiu chodzi w derce przez cały czas, wcześniej nigdy nie był derkowany, ale deszcze niespecjalnie mu służą.
Oczywiście zbyt pięknie nie jest, bo błoto wszędzie, a miesiąc temu mieliśmy zagrożenie powodziowe i wszystkie padoki w okolicy płynęły. Gringo spędził wtedy kilka nocy w boksie, wychodząc na wybieg tylko w dzień. Dobrze mu to zrobiło, gdyż mógł odpocząć od tego ciągłego deszczu.
Od początku lutego jest nieco lepiej, bo temperatury poszły w dół dzięki czemu pogoda jest ładna, a przede wszystkim to całe błocko WYSYCHA. Zwłaszcza, że mieliśmy tu trochę przebojów ze słynnym "mud fever"(gruda) i zmianami grzybicznymi wokół oka. Grzyba zwalczyliśmy, z grudą też sobie daliśmy radę, żeby było zabawniej to obie rzeczy wystąpiły jak stwierdziliśmy, że odstawimy na trochę czosnek. Błąd...Zresztą po tych atrakcjach już nigdy nie zwątpię w suplementy diety.
Teraz mamy całą baterię specyfików - maści, płynów i sprayów, każdy na co innego. Ot, profilaktyka...chociaż w sklepie jeździeckim w "naszej wiosce" dziwnie się na mnie patrzą jak uzupełniam zapasy.
W grudniu musieliśmy wykosztować się też na osobny elektryzator i baterię, gdyż Gringo jak na inteligentnego konia przystało, wyszedł był z padoku. Oczywiście wcześniej przetestował całe ogrodzenie. Zresztą okazało się wtedy, że prąd w ogóle nie dochodził do dalszych pastwisk. Spędziliśmy cały dzień na naprawianiu i sprawdzaniu całego ogrodzenia i teraz obsesyjnie pilnujemy czy światełka na elektryzatorze palą się na zielono. Tylko Gringo nie może nosić swojej lanserskiej derki z kapturem, jedynie zwykłą, która nie zasłania mu szyi. Dzięki temu respektuje pastucha.
Pierwsze zawody w sezonie mamy 16 kwietnia, a konkretne treningi planujemy rozpocząć pod koniec lutego, początek marca. Grudzień, styczeń i teraz w lutym Gringo był raczej lonżowany niż jeżdżony, chodziliśmy też na spacery w ręku. Odpoczywał jak większość koni przez zimę. Aura po prostu nie sprzyjała. Wbrew pozorom łatwiej jest jeździć przy niższych temperaturach niż przy deszczu i wilgoci, nawet gdy ma się dostęp do hali. Notabene był moment, że halę też nam zalało.
Planujemy teraz wystawić go w kilku konkurencjach, a nie tylko w jednej jak za pierwszym razem. Debiut ma już za sobą, więc warto podnieść poprzeczkę zwłaszcza, że teraz jest w o wiele lepszej formie niż wtedy.
środa, 12 sierpnia 2015
A tyłek rwie od siodła...
Tak, pierwszy raz od dawna doświadczyłam "bólu dupy". Na szczęście tylko od siodła, więc taki ból może sobie być, bo przypomina, że mam dużo jeżdżenia.
Cuttin Rock Cake vel. Lulu pojechała szczęśliwie do domu. Będę za nią tęsknić, bo w sumie to był jeden z tych koni, które "robiłam" sama. Tego samego dnia na jej miejsce przyjechała paintka Gem, więc Dash nie stał długo sam. Teraz wychodzi na noc razem z Gem i wszyscy są szczęśliwi.
Wczoraj pokazywałam co przez ostatnie kilka dni robiłam z Dashem. Miałam lekkiego stresa, zawsze mam. Przy woltach w kłusie boss kazał go zatrzymać. Nastała chwila ciszy, a mnie przez głowę przeleciały setki bluzgów i niewesołych myśli typu "No k... co tym razem jest źle?!". Boss uśmiechnął się i stwierdził, że wszystko wygląda dobrze i jest progres. Odetchnęłam z ulgą. Potem pokazałam zagalopowania, które ćwiczyłam przez ostatnie dni. Dash przechodzi z kłusa do galopu już całkiem spokojnie, więc przyszedł czas na ustawianie głowy i skracanie chodu. Mam tylko zwolnić tempo i trochę mniej go cisnąć przy innych ćwiczeniach, no i teraz mam też zacząć wsiadać ze stopnia, bo on ma z tym problem, a właścicielka tak właśnie będzie wsiadać.
Zawsze się tak przejmuję jak mam pokazać "czego dokonałam" z danym koniem. To jest chyba taka cecha mojego charakteru.
We czwartek (czyli jutro) mam znowu zabawić się w crush test dummie i przewiesić się przez Gimpie. Pamiętacie jak opisywałam małego czarnego AQH, którego nazywaliśmy "nerd" i z którym były takie problemy? No to teraz dojrzał, nie wrzeszczy już jak zostaje sam w stajni i zrobił się bardzo przyjacielski.
Zawsze mnie to fascynowało jak te wszystkie młode konie najpierw stroją fochy, próbują wetrzeć mnie w ścianę round-penu, ponoszą i robią inne głupoty, a potem normalnieją i można z nimi wykonać wszystkie ćwiczenia. Jak już przechodzę z takim "dzieckiem" na krytą halę to wspomnienia z ciężkich początków zaczynają się trochę zacierać. To jest niezmiennie fascynujące...
Gringo za to z każdym dniem daje nam coraz więcej. Mamy z Czarkiem specjalny system treningowy teraz. Kiedy rozstawiam konie na noc na padoki Gringo zostaje przy jednym ze stanowisk do siodłania i czeka na Czarka, a ja kontynuuję wieczorne ogarnianie koni. Czarek przyjeżdża, siodła go i rozgrzewa. Ja dołączam do chłopaków jak tylko dam siano, bo tak cyrkluję, że między sianem, a właściwym karmieniem mam jeszcze około 30 minut. Wtedy wsiadam. Po godzinie 17-tej właściwie nie wolno mi jeździć, więc taki system jest bardzo dobry. Jeżdżę do 17tej, a potem kończę ogarniać stajnię.
Cuttin Rock Cake vel. Lulu pojechała szczęśliwie do domu. Będę za nią tęsknić, bo w sumie to był jeden z tych koni, które "robiłam" sama. Tego samego dnia na jej miejsce przyjechała paintka Gem, więc Dash nie stał długo sam. Teraz wychodzi na noc razem z Gem i wszyscy są szczęśliwi.
Wczoraj pokazywałam co przez ostatnie kilka dni robiłam z Dashem. Miałam lekkiego stresa, zawsze mam. Przy woltach w kłusie boss kazał go zatrzymać. Nastała chwila ciszy, a mnie przez głowę przeleciały setki bluzgów i niewesołych myśli typu "No k... co tym razem jest źle?!". Boss uśmiechnął się i stwierdził, że wszystko wygląda dobrze i jest progres. Odetchnęłam z ulgą. Potem pokazałam zagalopowania, które ćwiczyłam przez ostatnie dni. Dash przechodzi z kłusa do galopu już całkiem spokojnie, więc przyszedł czas na ustawianie głowy i skracanie chodu. Mam tylko zwolnić tempo i trochę mniej go cisnąć przy innych ćwiczeniach, no i teraz mam też zacząć wsiadać ze stopnia, bo on ma z tym problem, a właścicielka tak właśnie będzie wsiadać.
Zawsze się tak przejmuję jak mam pokazać "czego dokonałam" z danym koniem. To jest chyba taka cecha mojego charakteru.
![]() |
| Cuttin Rock Cake |
Zawsze mnie to fascynowało jak te wszystkie młode konie najpierw stroją fochy, próbują wetrzeć mnie w ścianę round-penu, ponoszą i robią inne głupoty, a potem normalnieją i można z nimi wykonać wszystkie ćwiczenia. Jak już przechodzę z takim "dzieckiem" na krytą halę to wspomnienia z ciężkich początków zaczynają się trochę zacierać. To jest niezmiennie fascynujące...
Gringo za to z każdym dniem daje nam coraz więcej. Mamy z Czarkiem specjalny system treningowy teraz. Kiedy rozstawiam konie na noc na padoki Gringo zostaje przy jednym ze stanowisk do siodłania i czeka na Czarka, a ja kontynuuję wieczorne ogarnianie koni. Czarek przyjeżdża, siodła go i rozgrzewa. Ja dołączam do chłopaków jak tylko dam siano, bo tak cyrkluję, że między sianem, a właściwym karmieniem mam jeszcze około 30 minut. Wtedy wsiadam. Po godzinie 17-tej właściwie nie wolno mi jeździć, więc taki system jest bardzo dobry. Jeżdżę do 17tej, a potem kończę ogarniać stajnię.
![]() |
| zawody fot.jdrpictures |
czwartek, 30 lipca 2015
Nasze pierwsze zawody w Anglii
W ostatnią sobotę odbyły się u nas zawody kwalifikacyjne WES (odpowiednik naszej Polskiej Ligi Western i Rodeo). Już dawno postanowiliśmy wystawić Gringo i tak też zrobiliśmy.
Oczywiście nie obyło się bez paniki, bo w sumie to byłam mocno nieogarnięta. Wydawało mi się, że mam wszystko przygotowane tj. koszula, czapsy, itp, a potem i tak na dzień przed Czarek doprowadzał mi do porządku czapsy i kapelusz (o którym na śmierć zapomniałam).
Dzień wcześniej Anne i Christina ustawiały na zewnętrznej arenie czworobok i do poszczególnych palików poprzyczepiały ozdobną trawę trzcinową. Podprowadziłam tam Gringo, żeby sprawdzić czy się nie płoszy. Nie płoszył się, ale ku uciesze pań bardzo chciał tą trawę zeżreć.
W ogóle w piątek strasznie lało i niektóre konie kąpałam w deszczu, a Gringo miał być kąpany w sobotę rano.
W sobotę miałam normalny dzień pracy, więc byłam podwójnie zestresowana zwłaszcza, że znałam tylko godzinę rozpoczęcia całego show (10.00), nasza konkurencja była siódma z kolei, ale godziny nie były podane z wiadomych przyczyn - nigdy nie wiesz jak długo dana konkurencja potrwa. Miałam o tyle dobrze, że szef dał mi wolną rękę co do popołudniowego karmienia, ot jak mi wygodnie, żebym zdążyła się ogarnąć.
Czarek został zwerbowany przez Bob'a do rozstawiania schematów Trail'a, a potem pilnował poprawnego ustawienia elementów po każdym przejeździe. Gringo w rezultacie wykąpany nie został, ale i tak był czysty.
W międzyczasie jak tylko rozstawili stoiska ze sprzętem to Czarek poleciał kupić nowy kocyk pod siodło, bo ze starym rzeczywiście wstyd było startować. Gringo zniósł wszystkie przygotowania bardzo spokojnie, nie przeszkadzał mu nawet hałasujący pan z mobilnym barem. Pryskanie grzywy i ogona brokatem też go nie obeszło specjalnie. Tego dnia był zresztą siodłany dwa razy gdyż lunch time wypadł przed naszym występem.
Jak już wspominałam w piątek lało cało dzień, więc niestety zawody zostały przeniesione na krytą halę. Na zewnętrznej arenie stała woda. Po przebronowaniu mniej więcej dało się jeździć, więc zrobiono tam rozprężalnię, ale konkurencje zostały rozegrane pod dachem. Nie była to specjalnie komfortowa sytuacja gdyż hala była mniejsza.
Gringo pokazał się dobrze w Western Pleasure, był bardzo spokojny i grzeczny. Trochę się ścigał z innymi końmi i miałam drobne problemy z wyprzedzaniem i skracaniem chodów, ale ogólnie jesteśmy z niego zadowoleni. Żałujemy tylko, że nie wystawiliśmy go też w Ranch Horse Pleasure, bo bez problemu poradziłby sobie ze schematem. To był akurat mój brak wyczucia, bo wydawało mi się, że lepiej mu pójdzie z innymi końmi. No ale mamy przynajmniej do czego się szykować na następne zawody.
Samo Pleasure podobało mi się, ale moim skromnym zdaniem za wcześnie puszczali zawodników na arenę przez co odstępy między końmi były dosyć małe. Zmiana kierunku jak dla mnie nietypowa, bo przez półwoltę w kłusie co przy tej ilości koni było wyzwaniem. Nietypowe też było cofanie. W Polsce pamiętam z zawodów, że zjeżdżaliśmy do środka, ustawialiśmy się w rzędzie i każdy kolejno cofał. Tutaj kazali po prostu się zatrzymać i cofnąć. Wszyscy na raz. Gringo nie chciał od razu cofnąć przez co zawodniczka jadąca przed nami musiała przerwać swoje cofanie żeby nie wsadzić nam tyłka swojego konia w nos.
Jedna rzecz mnie tylko wkurzyła. Wyjeżdżamy z hali po zakończeniu konkurencji, a tam nie ma miejsca, nie ma gdzie się ruszyć. Konie stoją i to nie tylko ci którzy czekali na następną konkurencję, ale też ci którzy podjechali poplotkować. No i zatkali przejazd całkowicie. Skończyłeś swoją konkurencję? To odstaw konia, a jak chcesz plotkować to przyjdź pieszo i stań z boku.
Poza tym jednym mankamentem zawody były udane, a Czarek sprawdził się jako luzak...no i był jedyny przytomny z naszej całej trójki.
A z innych informacji... We wtorek pokazywałam "moją" klacz cuttingową Lulu właścicielce. Młoda bardzo dobrze wykonywała wszystkie manewry, właścicielka bardzo zadowolona z postępów. Okazało się, że w przyszłym tygodniu klacz jedzie do domu czyli nie zdążymy już poprawić galopów. Tak to jest, w sumie nigdy nie wiesz kiedy konia zabiorą. Terminy zawsze są tylko orientacyjne.
Dostałam też spowrotem Dasha i mam kontynuować to co było wcześniej już zaczęte, czyli elementy Trail'a.
Czyli ogólnie nie narzekam na brak wrażeń...
Zapraszamy do komentowania i zadawania pytań. Nasza skrzynka kontaktowa wciąż prężnie działa - megiczarek@gmail.com
Oczywiście nie obyło się bez paniki, bo w sumie to byłam mocno nieogarnięta. Wydawało mi się, że mam wszystko przygotowane tj. koszula, czapsy, itp, a potem i tak na dzień przed Czarek doprowadzał mi do porządku czapsy i kapelusz (o którym na śmierć zapomniałam).
Dzień wcześniej Anne i Christina ustawiały na zewnętrznej arenie czworobok i do poszczególnych palików poprzyczepiały ozdobną trawę trzcinową. Podprowadziłam tam Gringo, żeby sprawdzić czy się nie płoszy. Nie płoszył się, ale ku uciesze pań bardzo chciał tą trawę zeżreć.
W ogóle w piątek strasznie lało i niektóre konie kąpałam w deszczu, a Gringo miał być kąpany w sobotę rano.
W sobotę miałam normalny dzień pracy, więc byłam podwójnie zestresowana zwłaszcza, że znałam tylko godzinę rozpoczęcia całego show (10.00), nasza konkurencja była siódma z kolei, ale godziny nie były podane z wiadomych przyczyn - nigdy nie wiesz jak długo dana konkurencja potrwa. Miałam o tyle dobrze, że szef dał mi wolną rękę co do popołudniowego karmienia, ot jak mi wygodnie, żebym zdążyła się ogarnąć.
Czarek został zwerbowany przez Bob'a do rozstawiania schematów Trail'a, a potem pilnował poprawnego ustawienia elementów po każdym przejeździe. Gringo w rezultacie wykąpany nie został, ale i tak był czysty.
W międzyczasie jak tylko rozstawili stoiska ze sprzętem to Czarek poleciał kupić nowy kocyk pod siodło, bo ze starym rzeczywiście wstyd było startować. Gringo zniósł wszystkie przygotowania bardzo spokojnie, nie przeszkadzał mu nawet hałasujący pan z mobilnym barem. Pryskanie grzywy i ogona brokatem też go nie obeszło specjalnie. Tego dnia był zresztą siodłany dwa razy gdyż lunch time wypadł przed naszym występem.
Jak już wspominałam w piątek lało cało dzień, więc niestety zawody zostały przeniesione na krytą halę. Na zewnętrznej arenie stała woda. Po przebronowaniu mniej więcej dało się jeździć, więc zrobiono tam rozprężalnię, ale konkurencje zostały rozegrane pod dachem. Nie była to specjalnie komfortowa sytuacja gdyż hala była mniejsza.
Gringo pokazał się dobrze w Western Pleasure, był bardzo spokojny i grzeczny. Trochę się ścigał z innymi końmi i miałam drobne problemy z wyprzedzaniem i skracaniem chodów, ale ogólnie jesteśmy z niego zadowoleni. Żałujemy tylko, że nie wystawiliśmy go też w Ranch Horse Pleasure, bo bez problemu poradziłby sobie ze schematem. To był akurat mój brak wyczucia, bo wydawało mi się, że lepiej mu pójdzie z innymi końmi. No ale mamy przynajmniej do czego się szykować na następne zawody.
Samo Pleasure podobało mi się, ale moim skromnym zdaniem za wcześnie puszczali zawodników na arenę przez co odstępy między końmi były dosyć małe. Zmiana kierunku jak dla mnie nietypowa, bo przez półwoltę w kłusie co przy tej ilości koni było wyzwaniem. Nietypowe też było cofanie. W Polsce pamiętam z zawodów, że zjeżdżaliśmy do środka, ustawialiśmy się w rzędzie i każdy kolejno cofał. Tutaj kazali po prostu się zatrzymać i cofnąć. Wszyscy na raz. Gringo nie chciał od razu cofnąć przez co zawodniczka jadąca przed nami musiała przerwać swoje cofanie żeby nie wsadzić nam tyłka swojego konia w nos.
Jedna rzecz mnie tylko wkurzyła. Wyjeżdżamy z hali po zakończeniu konkurencji, a tam nie ma miejsca, nie ma gdzie się ruszyć. Konie stoją i to nie tylko ci którzy czekali na następną konkurencję, ale też ci którzy podjechali poplotkować. No i zatkali przejazd całkowicie. Skończyłeś swoją konkurencję? To odstaw konia, a jak chcesz plotkować to przyjdź pieszo i stań z boku.
Poza tym jednym mankamentem zawody były udane, a Czarek sprawdził się jako luzak...no i był jedyny przytomny z naszej całej trójki.
A z innych informacji... We wtorek pokazywałam "moją" klacz cuttingową Lulu właścicielce. Młoda bardzo dobrze wykonywała wszystkie manewry, właścicielka bardzo zadowolona z postępów. Okazało się, że w przyszłym tygodniu klacz jedzie do domu czyli nie zdążymy już poprawić galopów. Tak to jest, w sumie nigdy nie wiesz kiedy konia zabiorą. Terminy zawsze są tylko orientacyjne.
Dostałam też spowrotem Dasha i mam kontynuować to co było wcześniej już zaczęte, czyli elementy Trail'a.
Czyli ogólnie nie narzekam na brak wrażeń...
Zapraszamy do komentowania i zadawania pytań. Nasza skrzynka kontaktowa wciąż prężnie działa - megiczarek@gmail.com
poniedziałek, 13 lipca 2015
Małopolak wśród Quarterów, czyli szykujemy się do zawodów
Już za dwa tygodnie, 25 lipca odbędzie się u nas Summer Show. Będą to dla mnie i Gringo pierwsze angielskie zawody, w których wystąpimy jako zawodnicy. Mamy zamiar wystąpić tylko w dyscyplinie Western Pleasure, ot tak, żeby się oswoić, zwłaszcza że nie mieliśmy dużo okazji do treningu.
Z powodu ekstremalnej ilości pracy nie zawsze mogłam wsiąść na Gringo. Wiadomo, że pierwszeństwo mają konie "służbowe", a niestety nie wolno mi jeździć po godzinach pracy. Teraz trochę się "zluzuje" gdyż w sobotę wyjechał jeden koń, a dzisiaj ma wyjechać kolejny. Dodatkowo we wtorek ekipa wyjeżdża na zawody zabierając około 5-6 rumaków, więc będę mogła przenieść zwierzaki do "górnej" stajni na tydzień. Będzie to duże ułatwienie dla mnie gdyż ostatnio jak jedne konie wychodziły rano na dwór to kolejne schodziły z nocy do tych samych boksów, czyli była pełna rotacja. Zazwyczaj staraliśmy się tego unikać, żeby konie wracające rano do boksów miały od razu czysto. Ot, mniej roboty i stresu.
Czasami udawało mi się wsiąść na Gringo po godzinach pracy, ale niestety zmęczenie dawało mi się porządnie we znaki. Kawał dobrej roboty odwalił Czarek trenując z Gringiem po powrocie z pracy i w weekendy. Powiem szczerze - jak Gringo przyjechał to byliśmy sceptyczni czy wróci do pracy po 4 latach przerwy. Teraz nasz koń zaskakuje nas z dnia na dzień, a miękkością, spokojem i chęcią do pracy bije na głowę wiele koni AQH, znajdujących się u nas w regularnym treningu. Nie są to nasze czcze przechwałki gdyż koniu zaczął zwracać na siebie uwagę innych. Przede wszystkim niektórych "poraża" jego wielkość, poza tym wiele osób pyta o jego rasę. Wychodzi na to, że teraz charakterystykę rasy małopolskiej mogę recytować z pamięci. Kilka osób nadało mu przezwisko "war horse" ze względu na jego gabaryty i mocne nogi. No a my, cóż - puchniemy z dumy i to do tego stopnia, że Czarek musi się hamować, żeby za bardzo się nie popisywać na ujeżdżalni, a i z jazd schodzi szczęśliwy i uśmiechnięty.
To jest też kolejna lekcja dla mnie, żeby wierzyć w to co się ma, bo nigdy nie przypuszczałam, że koń małopolski zrobi w Anglii taką furorę. A i dzięki Gringo przemyciłam tutaj trochę naszej polskiej historii.
No i wyszło, że my się "z choinki nie urwaliśmy"...
A tak z innych info...moja "służbowa" klacz Lulu chodzi już na ostrodze. Mam kolejną nauczkę, że jak słyszę "nieee, idź od razu na krytą halę, nic się nie stanie" to mam być sceptyczna. Teoretycznie nic się nie stało, ot próba zrzucenia i lekkie wyniesienie. Z dwojga złego lepiej, że zrobiła to mnie niż właścicielce. Jednak z sobotniej jazdy byłam bardzo zadowolona. Klacz zaczęła respektować sygnały i o wiele lepiej kłusowała na kole. Nie było też jej stałych fochów i dąsów.
Z powodu ekstremalnej ilości pracy nie zawsze mogłam wsiąść na Gringo. Wiadomo, że pierwszeństwo mają konie "służbowe", a niestety nie wolno mi jeździć po godzinach pracy. Teraz trochę się "zluzuje" gdyż w sobotę wyjechał jeden koń, a dzisiaj ma wyjechać kolejny. Dodatkowo we wtorek ekipa wyjeżdża na zawody zabierając około 5-6 rumaków, więc będę mogła przenieść zwierzaki do "górnej" stajni na tydzień. Będzie to duże ułatwienie dla mnie gdyż ostatnio jak jedne konie wychodziły rano na dwór to kolejne schodziły z nocy do tych samych boksów, czyli była pełna rotacja. Zazwyczaj staraliśmy się tego unikać, żeby konie wracające rano do boksów miały od razu czysto. Ot, mniej roboty i stresu.
Czasami udawało mi się wsiąść na Gringo po godzinach pracy, ale niestety zmęczenie dawało mi się porządnie we znaki. Kawał dobrej roboty odwalił Czarek trenując z Gringiem po powrocie z pracy i w weekendy. Powiem szczerze - jak Gringo przyjechał to byliśmy sceptyczni czy wróci do pracy po 4 latach przerwy. Teraz nasz koń zaskakuje nas z dnia na dzień, a miękkością, spokojem i chęcią do pracy bije na głowę wiele koni AQH, znajdujących się u nas w regularnym treningu. Nie są to nasze czcze przechwałki gdyż koniu zaczął zwracać na siebie uwagę innych. Przede wszystkim niektórych "poraża" jego wielkość, poza tym wiele osób pyta o jego rasę. Wychodzi na to, że teraz charakterystykę rasy małopolskiej mogę recytować z pamięci. Kilka osób nadało mu przezwisko "war horse" ze względu na jego gabaryty i mocne nogi. No a my, cóż - puchniemy z dumy i to do tego stopnia, że Czarek musi się hamować, żeby za bardzo się nie popisywać na ujeżdżalni, a i z jazd schodzi szczęśliwy i uśmiechnięty.
To jest też kolejna lekcja dla mnie, żeby wierzyć w to co się ma, bo nigdy nie przypuszczałam, że koń małopolski zrobi w Anglii taką furorę. A i dzięki Gringo przemyciłam tutaj trochę naszej polskiej historii.
No i wyszło, że my się "z choinki nie urwaliśmy"...
A tak z innych info...moja "służbowa" klacz Lulu chodzi już na ostrodze. Mam kolejną nauczkę, że jak słyszę "nieee, idź od razu na krytą halę, nic się nie stanie" to mam być sceptyczna. Teoretycznie nic się nie stało, ot próba zrzucenia i lekkie wyniesienie. Z dwojga złego lepiej, że zrobiła to mnie niż właścicielce. Jednak z sobotniej jazdy byłam bardzo zadowolona. Klacz zaczęła respektować sygnały i o wiele lepiej kłusowała na kole. Nie było też jej stałych fochów i dąsów.
niedziela, 28 czerwca 2015
To już rok
Tak, dokładnie. Pierwszego lipca minie rok odkąd pracuję dla ML Training. Były wzloty i upadki, popełnianie błędów, a potem ich odrabianie, ale nikt nam nie odbierze tego czego się z Czarkiem nauczyliśmy m.in. od Boba. Moje "dupogodziny" poszły już w setki, a i nazbierało się zajeżdżonych młodziaków. Oczywiście Michael mnie pilnuje i w razie czego "wizytuje" round pen kontrolując postępy.
Poznaliśmy też dużo bardzo fajnych i życzliwych ludzi, którzy również zapałali do nas sympatią.
Dzisiaj akurat nasunęła mi się taka refleksja dotycząca trenerów i ogólnie osób zajeżdżających młode konie. Jeśli osoba pracująca w tym zawodzie mówi, że się nie boi to albo ściemnia dla szpanu, albo sama siebie próbuje przekonać. Wszyscy się boimy, to naturalne zachowanie, za które odpowiedzialny jest nasz instynkt. Psikus polega na tym, żeby pomimo strachu, stresu, czy obawy przekonać swój mózg, że jest fajnie i nic się nie dzieje. Zawsze jak mam pokazywać trenowanego konia jego właścicielom to mam gigantycznego stresa, ale nie mam zamiaru tego po sobie pokazywać.
Klacz Cutting Rock Cake vel. Lulu jest już normalnie jeżdżona. W dalszym ciągu ją "rzeźbię" i teraz młoda jest na etapie "buntu 3-latka". Przy próbach galopu niestety ponosi tzn. w round penie może sobie w kółko polatać. Nawet zdołałam utrzymać się w siodle, a Bob potem żartował, że mogę "duże szybkie" już robić na spokojnie. Wczoraj młoda próbowała wetrzeć mnie w ścianę, ale przypadkiem zdołałam narobić hałasu kopiąc w deski co wyleczyło klacz z głupich pomysłów. Ćwiczę z nią kłus, wolty i ustępowania przełamując jej fochy.
Z Gringiem teraz głównie pracuje Czarek. Chłopaki ćwiczą kłusy, galopy i elementy trail'a. Koniu poszedł też na ugięcia coby schudnąć nieco. Po miesiącu można powiedzieć, że zaczął gubić brzuch. Zaczął nawet fochy stroić na treningach, ale i tak zaskakująco chętnie idzie do galopu, nie mówiąc już o ćwiczeniach na drągach i przechodzeniu przez mostek.
Ja wsiadam na naszego konia rzadziej z racji nawału pracy w stajni. Takiego tłoku jeszcze nie było. Wszystkie boksy zajęte plus trzy konie ekstra. We wtorek mają przyjść jeszcze dwa i tak ma być do połowy lipca. Już nie wspominając o liście oczekujących, która jest na tyle długa, że boss zaczął już niektórym odmawiać. Dobrze, interes się kręci chociaż padamy na pyski.
Poznaliśmy też dużo bardzo fajnych i życzliwych ludzi, którzy również zapałali do nas sympatią.
Dzisiaj akurat nasunęła mi się taka refleksja dotycząca trenerów i ogólnie osób zajeżdżających młode konie. Jeśli osoba pracująca w tym zawodzie mówi, że się nie boi to albo ściemnia dla szpanu, albo sama siebie próbuje przekonać. Wszyscy się boimy, to naturalne zachowanie, za które odpowiedzialny jest nasz instynkt. Psikus polega na tym, żeby pomimo strachu, stresu, czy obawy przekonać swój mózg, że jest fajnie i nic się nie dzieje. Zawsze jak mam pokazywać trenowanego konia jego właścicielom to mam gigantycznego stresa, ale nie mam zamiaru tego po sobie pokazywać.
Klacz Cutting Rock Cake vel. Lulu jest już normalnie jeżdżona. W dalszym ciągu ją "rzeźbię" i teraz młoda jest na etapie "buntu 3-latka". Przy próbach galopu niestety ponosi tzn. w round penie może sobie w kółko polatać. Nawet zdołałam utrzymać się w siodle, a Bob potem żartował, że mogę "duże szybkie" już robić na spokojnie. Wczoraj młoda próbowała wetrzeć mnie w ścianę, ale przypadkiem zdołałam narobić hałasu kopiąc w deski co wyleczyło klacz z głupich pomysłów. Ćwiczę z nią kłus, wolty i ustępowania przełamując jej fochy.
Z Gringiem teraz głównie pracuje Czarek. Chłopaki ćwiczą kłusy, galopy i elementy trail'a. Koniu poszedł też na ugięcia coby schudnąć nieco. Po miesiącu można powiedzieć, że zaczął gubić brzuch. Zaczął nawet fochy stroić na treningach, ale i tak zaskakująco chętnie idzie do galopu, nie mówiąc już o ćwiczeniach na drągach i przechodzeniu przez mostek.
Ja wsiadam na naszego konia rzadziej z racji nawału pracy w stajni. Takiego tłoku jeszcze nie było. Wszystkie boksy zajęte plus trzy konie ekstra. We wtorek mają przyjść jeszcze dwa i tak ma być do połowy lipca. Już nie wspominając o liście oczekujących, która jest na tyle długa, że boss zaczął już niektórym odmawiać. Dobrze, interes się kręci chociaż padamy na pyski.
czwartek, 14 maja 2015
WIELKIE WYDARZENIE - Gringo wyemigrował do Anglii
A Gringo? Wysiadł z koniowozu na lekko trzęsących się nogach, ale niespocony i spokojny. W boksie od razu zajął się sianem i zapoznawaniem z koleżanką stojącą obok. W ciągu dnia stoi w boksie na tyłach ujeżdżalni, najpierw stał obok młodego ogiera, a teraz stoi sam. Pamiętam, że w Polsce nie potrafił stać sam, rzucał się, gnoił cały boks, krzyczał. Pierwszego dnia było podobnie...ale tylko do południa, potem przyzwyczaił się i teraz nie ma z nim problemu. W ogóle w Polsce nasz koń był zazwyczaj demonizowany... że niewychowany, że boks gnoi, że awanturuje się. Wychodzi na to, że przysłali nam tutaj zupełnie innego konia. Czary jakieś, czy co?
Pierwszego dnia po przyjeździe Czarek wziął Gringo do round penu. Okazało się, że koniu nic a nic nie zapomniał. Tylko po angielsku nie rozumie, reaguje wyłącznie na polskie komendy co wzbudza tutaj wiele radości. W ogóle okazało się, że nasz rumak jest obecnie największym koniem w stajni.
Wczoraj założyłam mu pas do lonżowania. Bryknął lekko, a potem normalnie wrócił do pracy. Myślę, że wkrótce założymy siodło i wrócimy do jazdy.
Z innych informacji - we wtorek byli właściciele Dasha. Miałam wtedy paskudny dzień, głowa mnie bolała, Gringo był bardzo niespokojny, bo po raz pierwszy wtedy stał sam, do tego miałam świadomość, że szef nie jest zadowolony z postępów Dasha. Miałam za zadanie pokazać to co się da na round penie. Bałam się, że koń będzie ze mną walczył, że będę musiała go skarcić przy właścicielach, a nie wszyscy takie rzeczy rozumieją. Miałam duże szczęście, bo Dash chodził znakomicie, nawet prawy galop dał bez wpadania do środka. Właściciele byli bardzo zadowoleni. Teraz dopiero zacznie się ostra robota...
Lulu, cuttingowa klacz, chodzi za to jak złoto i to już na wędzidle. Przewieszam się już z każdej strony, dała mi nawet kilka kroków ze mną na grzbiecie. Właściwie jest już gotowa na pełne wsiadanie.
Zapraszamy do komentowania i zadawania pytań. Nasza skrzynka kontaktowa wciąż prężnie działa - megiczarek@gmail.com
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















