wtorek, 27 listopada 2012

Wspominki - Fahrem...

...wiatr, deszcz i powodzie w Anglii. Zwłaszcza Walia ma teraz przekichane i to po raz drugi w tym roku, gdyż latem też było tam zagrożenie powodziowe. Wiatr na szczęście wiał dzisiaj głównie od lądu, więc nie było tak zimno. Nie ma co robić, więc na wspominki mi się zebrało...

Co do pytania Ewy z komentarza - Niestety tinker był lonżowany na kawecanie i zwykłej parcianej lonży gdyż właścicielka konia tego używa. Nie lubię tego ustrojstwa, wolę halter z liną i podejrzewam, że gdyby pochodził na halterze wynik naszego "starcia" mógłby być inny. Lonżownika niestety nie posiadamy i odczuwamy jego brak zwłaszcza przy uczeniu koni galopu, pierwszym siodłaniu, itp, itd. Korzystamy wtedy z najmniejszego, kwadratowego padoku. Pomaga, ale to nie to samo.

Lonżownik mieliśmy w pierwszej stajni gdzie na początku mieszkaliśmy, w Fahrem. Właścicielka właściwie nie znała się na koniach, ale na...kurach. Kury były wszędzie, nawet u niej w domu, a były tak oswojone, że gdy wchodziło się na podwórko to otaczała cię taka horda drobiu i patrzyła wyczekująco. Czasami w takich sytuacjach przypominały mi się "Ptaki" Hichcock'a.

No, ale były też i konie...trzydzieści koni, folblutów, mieszkających cały rok na wybiegach. Nieliczne wracały na noc do stajni, głównie te co zachorowały, albo zakulały, oraz Babcia, 37-letnia kobyła. Konie były, bo były. Właścicielka się ich bała, a one zawsze potrafiły zrobić jej jakąś krzywdę, nawet te najspokojniejsze, a to ugryzły, a to kopnęły. Nie miała podejścia. Teorie były dwie, pierwsza mówiła, że do tych koni jakieś dotacje były. Druga teoria, a raczej legenda głosiła, że facet będący wielką miłością właścicielki hodował i kochał konie.

W każdym razie miała tych koni sporo i  to nie byle jakich, niektóre chodziły w tzw. flat race i odnosiły sukcesy. Czarek zajmował się struganiem kopyt i układaniem koni, a potem dołączyłam ja i wzięłam w obroty te już podjeżdżone.


Viki. 3 tydzień pod siodłem.

Viki.
Moją ulubienicą była kara Victoria, którą przezywałam Viki. Klacz czystej krwi angielskiej, niesamowicie urodziwa. Na lonży potrafiła być diabłem, pod siodłem - uosobienie spokoju. Miała też szczególną zaletę, od początku niezwykle miękko nosiła i bardzo szybko nauczyła się chodzić "w zebraniu" (chociaż zdjęcia tego nie oddają). Jak dla mnie byłby to idealny koń do western pleasure.

Tiger


Tiger jest ogierem i właściwie nie wiadomo dlaczego go nie wykastrowali, gdyż nie chodzi w wyścigach, za to bardzo rozrabiał na padoku. Koń niesamowicie inteligentny, aż niebezpieczny z tą swoją inteligencją, z cyklu "nie znasz dnia, ani godziny". Kończysz lonżowanie niby ze spokojnym i "przymulonym" rumakiem, odpinasz popręg, a koń...daje w długą! Za to pod siodłem bardzo spokojny i chętny do pracy. 

Duracell



Duracell, jest odwrotnością Viki - pod siodłem potrafi pokazać, że "chodzi tak jak się nazywa", ale za to na lonży jest niesamowita. Praca z tą klaczą to sama przyjemność, gdyż reagowała bezbłędnie na wszystkie sygnały, a praca kończyła się dla niej dopiero z chwilą odprowadzenia jej na wybieg. Można było rzucić linę na lonżowniku, stanąć, a ona nie sięgnie do trawy tylko będzie czekać. To samo z przemieszczaniem się, zawsze poszła za trenerem. Ulubienica Czarka.

Layla



 Layla, nieco histeryczna i spasiona klacz z jednym niebieskim okiem. Ponoć pół tej klaczy należy do Czarka. A czemu histeryczna? Miała takie specyficzne "zajawki" np. na prawą stronę wykonywała wszystkie manewry, a przy zmianie strony reagowała paniką i nie wiedziała co zrobić. Przy czym różnie z tym bywało, czasami była to lewa strona, czasami prawa.

Blaise

 Mój absolutny faworyt - Blaise, zwany przeze mnie "smokiem". Folblut jak nie folblut, potężny i pięknie zbudowany. Najszczęśliwszy koń na świecie, bo pięcioletni i nigdy nie układany, całe życie łazi w stadzie.

Fahrem. Widok z naszego balkonu.

W Fahrem mieszkało się całkiem sympatycznie i powiem szczerze, że tęsknię za tamtymi końmi, no ale coś za coś, wszystko miało swoje dobre i złe strony. Zawsze możemy tam wracać w wolne dni, żeby jeździć i dalej z nimi pracować.

niedziela, 25 listopada 2012

Treningi i...próba sił

 Dzień częściowo zaczął się dla mnie ok. 3 w nocy, kiedy ze snu wyrwało mnie głośne pizgnięcie i wiatr przypominający mały huragan. Pizgnięcie spowodowała moja mała domowa szklarenka, no wywaliła się razem z doniczkami. Na szczęście kwiatki nie ucierpiały, tylko podstawka pod bonsai pękła.
 Za to wiatr przewiał chmury i rano wyszło piękne słońce. Korzystając z pięknej pogody i zaledwie przelotnych opadów na lunch time wybraliśmy się z Czarkiem pojeździć na Truffle i Flashu.

 Okazało się, że na Flashu jeździła dzisiaj córka i wnuczki Penny, właścicielki Truffle i Flasha. Między innymi dlatego kuc był dzisiaj ospały i nieznośny. Miałam w planach jazdę na drągach na kole, oraz jazdę przy ścianie z pilnowaniem wyjeżdżania narożników. Flash przestał się wywalać na drągach dopiero po dłuższej "dyskusji", a na ścianie próbował wpadać do środka, ścinać zakręty i majtać głową. No i był tak ospały i ciężki jak rzadko. Dla odmiany Czarek niespecjalnie narzekał dzisiaj na Truffle, bo była zdecydowanie bardziej energiczna niż wcześniej. Poza tym dalej jest uosobieniem spokoju. Czarek normalnie wsiadł i jeździł stępem pomagając sobie palcatem gdy klacz była ospała. Młoda na razie bardziej reaguje na halter niż na wędzidło.

 Gdy zakładałam kucowi derkę po treningu akurat przyjechała Penny i od razu zaczęła mnie przepraszać, że jej córka z wnuczkami wsiadały na Flasha. Mnie nie przeszkadza, że one sobie czasem pojeżdżą...tylko może niech korzystają z palcata, bo mały świetnie wyczuwa kiedy można "zlewa temat".

 Gwiazda posłuchała naszych rad i jej tinker od razu lepiej chodził na lonży, ale i tak jest z nim problem. Jak się patrzy to wydaje się, że to ona popełnia główne błędy, jednak przekonałam się łopatologicznie co się dzieje. Boleśnie... Tinker czasami przełamuje rękę i wyciąga człowieka na lonży, akurat Gwiazda poprosiła mnie o pomoc, żebym jej pokazała jak trzymać lonżę. Przejęłam od niej rumaka, a on co zrobił? Poszedł w długą... Chciałam więc zastosować naukę Czarka - "jak koń próbuje się wyrwać i ciągnie cię na lonży to idź za nim tak, żeby się odwrócił w Twoją stronę, lonża się wtedy poluzuje, a ty zdołasz osadzić konia w miejscu, bez przeciągania się z nim". No zastosowałam, próbowałam... Myślałam, że z lonży i moich rękawic poleci dym, a ręce zapłoną mi żywym ogniem. Niestety moje 43 kg przegrało z 600-kilogramową masą.

 Jedyne co zdołałam zrobić po złapaniu go to spokojnie przelonżować skupiając jego uwagę na sobie, czyli skracanie kłusa, wydłużanie, przechodzenie do stępa. I uspakajanie, "eeeeeeasy booooy, eeeeeasyyyyy".    Gdy jest lonżowany w stylu "pobiegaj sobie bez celu w kółko" to zwyczajnie się nakręca i wtedy potrafi się wyrwać. Jednak problem z wyrywaniem się będzie narastał, a ja nie podejmę się pracy z nim z trywialnego powodu - jestem za lekka i jednak za słaba. Czarek będzie miał wyzwanie...

 I gdy tak czekałam aż adrenalinka mi opadnie po tej "próbie sił" to przypomniały mi się wszystkie bajdy o Natural Horsemanship, o lekkiej i przyjemnej pracy z linką i pomarańczowym patykiem...

sobota, 24 listopada 2012

Deszczyk sobie kropi...

...a właściwie LEJE. Po tygodniach pięknej pogody nastąpiło totalne załamanie. i ponoć tak ma być do końca tygodnia. W sumie jest to jedyny mankament nadchodzących dni, ponieważ wszyscy cieszymy się, że nasze szefostwo wyjeżdża na urlop daleko, bo do Meksyku. Dzisiaj wylecieli i nagle praca zaczęła iść szybciej, a "pechowe" żłoby już nie są pechowe, bo nikt mi nie przerwał i po raz pierwszy zdołałam wyczyścić wszystkie w jednym dniu.

Wczoraj dostaliśmy listę z rozplanowanym grafikiem (a mieliśmy sami ustalać dni wolne...), zaplanowanymi wyjazdami (dwa pogrzeby dzień po dniu...) oraz prośby i zażalenia. Taak, między innymi musieliśmy wymienić derki fryzom gdyż rzekomo wycierały sobie o nie grzywy. Teraz mają nosić miękką derkę pod grubą, gdyż "dzięki temu grzywa się nie strzępi". Poza tym jak wypuszczamy je na padoki to mamy je OBSERWOWAĆ, żeby...nie wycierały sobie grzyw o płot. Może nie będę nic mówić szefowi, że Noble czasami czochra się o pręty w boksie. Jeszcze im pastuchy w stajni każe pozakładać...

 Gdyby nie pogoda to w czasie lunch'u, zamiast siedzieć i wcinać, planowaliśmy pojeździć na Flashu i Truflle. Klacz musi nauczyć się galopować, a kuc potrzebuje ćwiczeń na drągach...jeszcze słyszałam jakąś plotę, że mam zajeżdżać klaczunię - welsh mountain pony, dla 4-5letniej siostrzenicy właścicielki obu stajni. Dlatego ja, gdyż jestem najlżejsza, jednak mam nieodparte wrażenie, że będę szorować nogami po ziemi.

Ach ten deszcz, wszystko psuje. Pensjonariusze małej stajni skarżą się, że dach przecieka. No faktycznie przecieka i to w obu budynkach, w siodlarni zresztą też. Poza tym nie ma trocin (flex'u), żarcie ma przyjechać, ale flex chyba nie, więc tak czy inaczej zostawili mnie z palcem w...nosie i przykazali brać z dużej stajni. Heh, dopiero co zrobiłam duże zamówienie, a skoro ma starczyć na dwie stajnie to czarno to widzę.

 Dzisiaj rano dowiedziałam się też jak uczą lonżowania w pewnej "specjalnej koniarskiej szkole" (patrz poprzedni post). Teoria mówiąca, że jak koń cię ciągnie na lonży to należy ciągnąć w drugą stronę jest teraz hitem i plasuje się wysoko na naszej top liście "największych debilizmów jeździectwa". Po ostatnim lonżowaniu nawet nasza Gwiazda stwierdziła, że w szkole chyba nie do końca wiedzą czego uczą...

środa, 21 listopada 2012

Gwiazdy...

...ale jeszcze co do Truffle - jej łagodny charakter wcale nie wziął się od warunków trzymania w stajni. Ten koń teraz chyba po raz pierwszy w życiu w stajni stoi. Została wzięta z irlandzkiej łąki, a później również trzymana była tylko na pastwisku, pierwsze próby wsiadania w sierpniu również odbyły się na pastwisku.  Wśród innych koni. Przez trzy lata nikt, nic z nią nie robił, więc po prostu "ten typ tak ma".

A co do nowego tematu, żeby nie było tak różowo to my tutaj też mamy osobniki nazywane potocznie "stajennymi gwiazdami". Do utworzenia tego posta zainspirował mnie wczoraj ojciec Gwiazdy. 

 Wyżej wymieniony pan, stanowiący wizualnie tandetniejsze wcielenie Mickey'a Rourke ze złotym łańcuchem na szyi, obserwował wczoraj jak to zmiatam opadłe liście w małej stajni. Tak stał, patrzył, myślał, aż wypalił - "Meg, marnujesz czas. Zaraz opadną nowe". Cisnęła mi się na usta riposta - "Marnujesz czas, po co sprzątasz u swojego konia w boksie. Zaraz znowu nasra."... Nie wiedzieć czemu zmilczałam. Jednak w sumie miał rację, prawda? Po co sprzątać skoro i tak się nabrudzi? Po co dawać żreć skoro nasra? Po co zmiatać liście, przecież i tak nowych przybędzie? Po co odśnieżać, skoro i tak napada? Tak, zdecydowanie takie podejście zmieni mój światopogląd. 

 Z jego córki, w sumie nie należy się śmiać, a raczej płakać. Dziewczyna kształci się w specjalnej szkole, podobnej do naszego Technikum Hodowli Koni. Niestety, albo poziom jest tam niski, albo ona nic z tej nauki nie wynosi. Ostatnio prawie zwaliła mnie z nóg stwierdzeniem, że siano i sianokiszonka to to samo...

Inne rzeczy, które drażnią mnie u znajomych angielskich jeźdźców to niechlujny galop - co za różnica na którą nogę ważne, że jedzie. To samo z anglezowaniem -  nie ważne na którą nogę. Kłusowanie i galopowanie od razu po wjechaniu na ujeżdżalnię (najwyżej 2-3 kółka rozgrzewki), często kończą trening tak jak staną - bez rozprężenia konia. I coś co mnie mrozi i jak to widzę to mnie strzela wewnętrznie - wsiadanie i zsiadanie z koni w stajni...

 Oczywiście nie wszyscy są tacy, jednak czasami wyrywa mi się słynne stwierdzenie, że "są ludzie i parapety, ale żeby urodzić się klamką..."


sobota, 17 listopada 2012

Czarek i Truffle

 Dzisiaj na ujeżdżalni królował Czarek z Truffle, 3 - letnią bardzo dekoracyjną klaczą. Jest to mix AQH i Irrish sport horse. Z tej drugiej rasy została jej właściwie tylko głowa, a najlepsze geny przekazał ojciec AQH. Ostatni raz Czarek pracował z nią trzy miesiące temu, a teraz powrócili do treningów. Zresztą klacz nic nie zapomniała, poza tym ma niebywale dobry charakter, praktycznie nic nie wyprowadza jej z równowagi, nie miała nigdy problemów z wchodzeniem do koniowozu, ani z prowadzeniem na uwiązie przy ruchliwej drodze. Jest to koń wzięty praktycznie prosto z łąki, nic nie było przy niej robione przez trzy lata. Zwróćcie uwagę na jej maść, jest to tzw. "liver chestnut" czyli "wątrobiany kasztan". Pierwszy raz się z czymś takim spotykam.

zdjęcie z sierpnia
  Wczoraj Czarek krótko przelonżował Truffle od razu z siodłem na grzbiecie, niestety było zbyt ciemno, żeby przeprowadzić konkretny trening. Dzisiaj przyszedł czas na konkrety, czyli podstawy - stęp, kłus, pierwsze galopy na lonży z siodłem i ogólne rozplanowanie treningów. Truffle była dosyć ospała, ale jedną z jej pozytywnych cech jest naturalna, mocna praca zadem co dobrze rokuje na przyszłość, oraz naturalnie trzyma głowę w poziomie, nie zadziera jej. Dodatkowo bardzo szybko się uczy i respektuje drągi.

 Pierwsze galopy nie odbiegły od normy w przypadku młodego konia, czyli początkowe krzyżowanie, ale gdy tylko się uspokoiła to szła czysto. Za każde czyste pół okrążenia Czarek dawał jej nagrodę w postaci przejścia do "stój".

 Potem przyszedł czas na lonżowanie z siodłem. Nie było problemów z zakładaniem siodła, nie trzeba jej przy tym trzymać, lina może leżeć sobie luźno na ziemi, a Truffle stoi jak zaczarowana. Z siodłem na grzbiecie Czarek zrobił "powtórkę z rozrywki" czyli stęp, kłus, a na końcu galop, przy którym też musiał się nieco nabiegać. Niestety nie mamy lonżownika, a przy nauce galopów przydaje się takie miejsce, chociaż z drugiej strony praca od zera na linie/lonży daje późniejszy respekt do ręki i ułatwia pracę z wodzami. Truffle była już kiełznana, ale na razie zdecydowanie bardziej respektuje halter niż wędzidło, a co najważniejsze - nie wychodzi przed rękę.




 Po lonży przyszedł czas na próby wsiadania. Zazwyczaj stosujemy metodę, którą żartobliwie nazywamy "jazda z fantomem", przy czym fantomem jestem ja. Dlaczego tak? Na samym początku Czarek przewieszał się, a ja go "oprowadzałam", jednak koń był wtedy zdezorientowany, gdyż nagle nowa osoba trzyma linę, a trudno, żebym budowała respekt u konia w momencie gdy ma już jeźdźca przewieszonego przez grzbiet. Stwierdziliśmy, że bezpieczniej i skuteczniej będzie gdy ja będę wsiadać, a Czarek będzie oprowadzał, ponieważ "zielony" koń jego rękę zna i ma już do niej respekt i zaufanie. Także można powiedzieć, że w sierpniu byłam pierwszym jeźdźcem na Truffle i nasz sposób świetnie zdał egzamin, gdyż po pierwszej "oprowadzance" można było ją puścić na większe koło.
 Teraz Czarek mógł działać już sam, zresztą klacz nie wykonała żadnych nerwowych ruchów, ani przy przewieszeniu się, ani przy normalnym wsiadaniu. Rozejrzała się tylko na boki i była gotowa do ruchu naprzód.


 Obecnie plan treningowy wygląda tak, że po pracy Truffle będzie lonżowana, a w dni wolne Czarek rozpocznie pracę z siodła. Ja dzisiaj nie wsiadałam, ani na Truffle, ani na Flasha gdyż jestem nieco kontuzjowana w prawą dłoń. Nieważne co sobie zrobiłam, ale jak zwykle COŚ musiałam sobie zrobić. Jutro też jest dzień...

piątek, 16 listopada 2012

Treningów ciąg dalszy...

 Zanim przejdę do tematu, odpowiem na pytanie dotyczące wpisu o strzyżeniu koni. Ewa dobrze mnie poprawiła, gdyż właściwie było to golenie, a nie strzyżenie. Zanim Merlin odzyska tą krótką szczecinę, o którą nam chodzi, będzie łaził w dwóch derkach - polarowej z kapturem i grubszej stajennej. Na razie jedyne jego "wyjścia" to łażenie w karuzeli, oczywiście również w derce z kapturem. Po odrośnięciu sierści będzie ubierany w jedną grubszą derkę z kapturem. Całość wygląda teraz tak:


Co do treningów - dzisiaj udało nam się "zmiękczyć" Flasha na lonży. Jest to oczywiście jedynie pierwszy krok i musiałam zadziałać ostrzejszym sygnałem i wspomóc się wiedzą Czarka, gdyż nie ukrywam, że miałam w początkowym stadium pracy spory kłopot. Wystarczyły dwie uwagi Czarka, żebym mogła z powodzeniem kontynuować trening z pozytywnym skutkiem. Notabene reakcja Flasha była dosyć szybka. Z góry przepraszam za jakość zdjęć.


 Jak widać pracujemy na sznurkowym halterze z długą liną, oraz "w pełnym rynsztunku". Chodziło mi przede wszystkim o to, żeby podczas pracy na linie gapił się na mnie, a nie na zewnątrz. Pojęcie "ostrzejszy sygnał" oznacza krótki, silny ruch liny, kierujący głowę kuca do środka. Po otrzymaniu "poprawnej odpowiedzi" koń dostawał nagrodę pod postacią zatrzymania i ostentacyjnego rzucenia (zluzowania) liny. Bardzo szybko skojarzył sygnały i dzisiaj praca z ziemi nie była męcząca, nie było niepotrzebnego siłowania i przeciągania liny. Oczywiście tak jak poprzednio szybciej poszło z lewą stroną niż z prawą. Na prawą stronę jest dosyć sztywny.

 Jazdę rozpoczęłam od sporych wolt w stępie, pilnując jego głowy (uparcie odwracał ją na zewnątrz), oraz zadu (potrafi wypadać na kole). Tutaj przydały się ostrogi, gdyż Flash ma jeszcze tendencje do przerywania ciągłości chodu, oraz ospałości. Krótki sygnał dodał mu impulsu, potem wystarczyło zadziałać jedynie łydką. Ćwiczyliśmy też wolty w kłusie, ale mały na prawą stronę ma jeszcze tendencje do wpadania do środka koła, więc trzeba go pilnować. Obecnie jazda na nim przypomina jazdę samochodem po lodzie na letnich oponach - gibie go na boki, szuka balansu. Jestem dobrej myśli.




środa, 14 listopada 2012

Strzyżenie koni...

 Zanim rozpocznę nowy temat mam KOMUNIKAT SPECJALNY:

 Bardzo proszę o nie pisanie do nas w sprawie "załatwienia" pracy przy koniach w Anglii. Takie rzeczy tylko dla bliskich znajomych, za których możemy poręczyć. Koniarstwo to hermetyczna branża, niemal każdy zna każdego, a raz utracone zaufanie trudno odbudować. Zresztą wujek Google nie gryzie, portale branżowe także. Proste.

Wracamy do tematu...

Ostatnio nauczyłam się bardzo przydatnej umiejętności - strzyżenie koni. Mistrzem jeszcze nie jestem, ale jest to ciekawe doświadczenie. Jeden z lipicanów - Merlin musiał być ostrzyżony calutki, właściwie to została mu tylko grzywa i ogon....i włosy w miejscu gdzie kiedyś miał jajka. Robota ciężka, gdyż koniu miał futro jak polarny niedźwiedź, więc po 30 minutach ręce cierpły od trzymania maszynki. Tak czy inaczej zostało jeszcze do ostrzyżenia jedno ucho i kawałek nosa, gdyż akurat w tym momencie rozładowała nam się cicha maszynka. Na całkowite strzyżenie czeka również drugi lipican - Razo, jednak nie można tego zrobić, bez udziału weta. Razo histeryzuje na widok i dźwięk maszynki.

A dlaczego strzyżemy? Akurat priorytetem był Merlin, ponieważ pomimo derkowania futro mu rośnie jakby mieszkał na Biegunie. Żadne inne nasze konie tak nie zarastają. Pal licho gdyby nie chodził na serwisy, wtedy mógłby hasać we własnym futrze, albo byłby strzyżony tylko częściowo. Niestety ciężko takiego futrzastego konia przygotować do serwisu. Ciężko zmyć błoto i plamy, szampon kiepsko się spłukuje, a pod derką mokre futro zbija się w strąki co wygląda mało dekoracyjnie w zaprzęgu.

Całe szczęście Merlin jest stoikiem i podczas strzyżenia śpi na stojąco.




niedziela, 11 listopada 2012

Początek intensywnej pracy z Flashem...

 W końcu nadszedł taki dzień, że mogłam zająć się "moim" westowym kucem i powiem szczerze, że Flash dał mi popalić. Zanim jednak wsiadłam to zauważyłam, że nie dość, iż ktoś pożyczył sobie mój kask, to jeszcze zdarł z niego naklejkę "Wiedźmina"....i nie będę pokazywać palcem, ale wiem kto to zrobił. Teraz kask zostanie obklejony "Wiedźminem" z obu stron i będę go zabierać do domu.

Wracając do tematu, mały nigdy nie chodził na lonży, nie potrafi zmieniać kierunków, nie reaguje na bat i jest kompletnie sztywny na prawą stronę. Pół biedy, że odpowiada na komendy "trot"(kłus) i "walk"(stęp). Za pierwszym podejściem do zmiany strony wyrwał mi się z ręki i poszedł w długą (ku uciesze widzów). Po ok. 20 minutach zaczął zmieniać stronę z lewej na prawą, ale na razie na mocno skróconej linie. Z prawej na lewą jest "zacięty" - łeb odwrócony na zewnątrz i udaje, że mnie nie widzi. Lonżę musiałam skrócić niemal jak wodze i zacząć od ustępowania zadu, pilnując krzyżowania tylnych nóg. Praktycznie musiałam go przepychać całym ciałem. Na lewą stronę w końcu zaczął rozumieć o co chodzi, ale prawą pomińmy milczeniem. Pracę z ziemi skończyłam  jak tylko zatrzymał się poprawnie na mój sygnał, czyli gdzieś tak po ok. 40-50 minutach. Mogłabym "rzeźbić" dalej, ale na ten moment wystarczył mi ten jeden dobry element.

 Potem wsiadłam na 15-20 minut. Mały zaczął jeździć na aluminiowej czance correction bit i na początku majtał głową, ale nie pokonał mojej stabilnej ręki i w końcu odpuścił, zresztą zadziwiająco szybko. Na prawą stronę kładzie się w wolcie, albo przechodzi do kłusa. Ewidentnie traci równowagę, więc zaczęłam od dużej wolty, która stopniowo będę zacieśniać, a potem przejdę do ugięć. Poza tym trzeba będzie pobawić się w stretching. Jedno trzeba mu przyznać - nosi głowę jak stary westowy wyjadacz i pod siodłem, i na lonży. Bez żadnego poprawiania, czy ustawiania po prostu ten typ tak ma.

 No i zebrało mi się na refleksję od razu...Chętnie dałabym tego kuca "w trening" nastolatkowi, który twierdzi, że trenuje konie i "się zna". Szybko spokornieje. Ja sama nie jestem jeszcze na etapie "patrzę, widzę problem, rozwiązuję". Powiedziałabym, że jest to etap "patrzę, widzę problem, muszę się zastanowić, rozwiązuję".

Flash jest dla mnie dużym wyzwaniem, gdyż jest to 6-latek, lekko rozbestwiony, z kilkoma złymi nawykami. Nieco łatwiej pracuje się z kompletnie "zielonym" koniem.

Jutro po robocie kolejny trening, zobaczymy czy mały przemyśli sprawę.





piątek, 9 listopada 2012

Z młodymi fryzami na pierwszym spacerze...

 Tradycyjnie jednak na początek pytanie z komentarzy, dotyczące kuców, na które niestety nie jestem w stanie odpowiedzieć wyczerpująco gdyż nie spotkałam się tutaj jeszcze z kucami typowo sportowymi. Za to spotkałam dorosłe osoby dosiadające kuców walijskich i jeżdżące rekreacyjnie.  W każdym razie jeśli dziecko nie osiągnie wzrostu powyżej 170cm i nie roztyje się to spokojnie może na "welszu" jeździć. Sama mam 167cm wzrostu i nie odczuwam dyskomfortu, koń również. Na tym samym kucu jeździ też starsza ode mnie córka jego właścicielki, także nie jest to zwierzak tylko i wyłącznie dla dzieci. Warunkiem jest raczej drobna budowa jeźdźca.

Dużą popularnością cieszą się tutaj również coby, zwane czasami gypsy horses. Wyglądają jak typowe konie bryczkowe, a sporo młodzieży jeździ na nich wierzchem. Ja je nazywam "kudłatymi dziwadłami", mają swój urok, ale strasznie śmiesznie wyglądają z siodłem klasycznym na grzbiecie.

A co się dzisiaj działo? Maluchy wyszły na spacer! Czyli zaczęliśmy je odczulać i przyzwyczajać do ruchu ulicznego. Rudy jest zdecydowanie spokojniejszy, przestraszył się tylko dużej ciężarówy i wykazywał duże zainteresowanie kratkami kanalizacyjnymi, za to czarny skakał  jak opętany przy niemal każdym samochodzie.

Faktem jest, że samochody przy nas zwalniały, w pewnym momencie spowodowaliśmy całkowite zatrzymanie ruchu, a potem pojazdy ruszyły wahadłowo. "Spowodowaliśmy" to zbyt wielkie słowo gdyż tutaj ludzie tak czy tak zwalniają przy jeźdźcach i koniach prowadzonych w ręku. Czasami zatrzymują się i wyłączają silniki, zupełnie bez stresu, często okazując duże zainteresowanie. Przecież to nic dziwnego. Normalny tutejszy obrazek - koń i człowiek.

Jednak nie może być tak pięknie, bo tutaj też trafiają się debile. W pewnym momencie jeden burak wyskoczył z zakrętu i minął nas w pełnym pędzie nawet nie zwalniając. Oba źrebaki podskoczyły jak dzikie, czarny wpadł na rudego, a rudy...sprzedał mu kopa. Przyznam, że ciśnienie mi lekko skoczyło.

A tak swoją drogą to maluchy mają już z 8 miesięcy, a dalej nie mają imion. Zostały ściągnięte z Holandii razem z trzema dorosłymi fryzami. Dwa poszły do innej właścicielki, źrebaki i Max zostały z nami. Max dostał imię szybko, bo jest taki...Max, a jakoś nie możemy wymyślić nic konkretnego dla maluchów...






czwartek, 8 listopada 2012

Jest nas teraz troje...i mały uciekinier

 Od wczoraj w stajni jesteśmy we trójkę, gdyż dołączył do nas Tomek - kolejny Polak. Niedługo zdominujemy tutaj Anglików. Tak swoją drogą to gdyby Polacy byli takimi beznadziejnymi pracownikami jak plotkują, to nie ściągali by kolejnego.

 Oprócz tego dzień byłby rutynowy jak zwykle gdyby nie...mały uciekinier....

 Kolejny raz czyściłam "pechowe" żłoby (zawsze ktoś mi musi przerwać!), gdy zadzwonił John z informacją, że do stajni zmierza policjantka z małym zbiegiem. Okazał się nim przesłodki szetland, który zwiał z okolicznych padoków. I tu znowu oczy miałam jak spodki, gdyż policjantka nie dość, że malucha złapała, to jeszcze założyła mu kantar ściągnięty od innego konia i zmajstrowała uwiąz z własnego paska. Wyobraziłam sobie w takiej sytuacji przeciętnego polskiego "krawężnika", który po zobaczeniu ganiającego szetlanda zapewne najpierw wziąłby go za dużego psa, a potem  albo olałby sprawę, albo wezwał zoo/wojsko/antyterrorystów (niepotrzebne skreślić), żeby złapali tego "strasznego zwierza". Następnie w Fakcie, albo innym Super Expresie pojawiłby się artykuł w stylu "Dzielny posterunkowy Zdzisław poskromił groźnego ogiera". Tak, jestem złośliwa.

No, ale jak to Tomek stwierdził "tu jest Anglia, tutaj policja łapie konie i ściąga kotki z drzew". Codziennie powtarzam sobie, że nie będę się już niczemu dziwić.

Wracając do naszego malucha, był to 5-letni ogierek, bardzo sympatyczny i towarzyski. No i zakochałam się i była to miłość od pierwszego wejrzenia. No chciałabym takiego mieć, zamiast psa. Niestety pobył z nami tylko trzy godzinki, a potem odebrali go jego właściciele. Szkoda, bo chętnie bym go zatrzymała.



środa, 7 listopada 2012

O Polakach słów kilka...

 Jednak najpierw odpowiem na pytanie Ewy - damariny - jakie z charakteru są większe "welsze". Powiem szczerze, że prędzej kupiłabym dziecku wierzchowego kuca walijskiego niż szetlanda, chociaż do szetlandów mam duży sentyment. "Welsze", pomimo, że charakterek mają czasami zadziorny to są zdecydowanie spokojniejsze i łagodniejsze niż kuce szetlandzkie. Szetlandy czasami można porównać do kotów - lubią chodzić własnymi drogami, potrafią dziabnąć jak mają dość pieszczot, a np. "mój" Flash wszystkich i wszystko zaliże na śmierć, a dzieciaki pakują mu palce do nosa i uszu. Nie robi to na nim wrażenia. Identycznie zachowują się małe górskie "welsze" - można przytulić, pomiziać.

A wracając do tematu głównego - Polacy na emigracji. Wiadomo jakie plotki chodzą o Polonii...że buraki, że blachary, że dresiarze, że "Polak, Polakowi wilkiem", itp., itd. Możliwe, że tak jest w niektórych miejscach, chociaż podejrzewam, że to domena dużych metropolii takich jak Londyn. W końcu wszyscy tam ciągną.

 W Southampton i okolicach Polaków jest sporo. Są polskie sklepy, polscy fryzjerzy, lekarze, itp. Załatwiając sobie nr ubezpieczeniowy w Job Center słyszałam głównie język polski. Jest to specyficzne doznanie - niby jesteś za granicą, a wokół słyszysz "swój" język.

Nie doświadczyliśmy tutaj żadnych piekielności ze strony Polaków, mało tego, znajomi przygotowali nam pokój, pomogli znaleźć pracę i urządzić się, pokazali co, gdzie, jak, ale może jest to też kwestia branży "koniarskiej" - koniarz, koniarzowi pomoże. Jedno tylko można zarzucić niektórym naszym rodakom - siedzą tutaj już rok lub dwa, a nie wykazują chęci uczenia się języka. Wielu z nich znajduje jakąś tam pracę, za większe pieniądze niż w Polsce i to im wystarcza. Koniec. Więcej nie chcą się rozwijać, nie chcą się kształcić. Po co, przecież na wszystko starcza.

Powiem szczerze, że jedna rzecz mnie po pewnym czasie zaczęła męczyć. Mieszkając na początku w miejscu zdominowanym przez Polaków poczułam w końcu totalny brak prywatności. Na początku to było fajne, ktoś zawsze wpadał, albo zapraszał na kawę, piwko, pogaduchy...Jednak czasami człowiek potrzebuje posiedzieć sobie sam ze sobą, albo po prostu z własną rodziną. Nie dało rady, więc czasami w dni wolne siedziałam zamknięta w mieszkaniu, nie wychodziłam nawet na balkon, udawałam, że mnie nie ma. Tak samo przemykałam chyłkiem koło stajni, przy której mieszkaliśmy. Brałam szybciutko konie do pracy, żeby tylko nikt mnie nie zaczepił. Robiła się z tego totalna psychoza.

Odetchnęłam jak przeprowadziliśmy się do większego lokum w docelowej stajni. I to nie tak, że nie jestem towarzyska, po prostu lubię mieć wpływ na pewne rzeczy.

wtorek, 6 listopada 2012

Anglicy w kucach zakochani...

Dzisiaj "na tapetę" idzie jedna z najpopularniejszych końskich ras na Wyspach. Koniki (nie da się o nich mówić poważnie per "koń") tak kochane i ubóstwiane, że niektórzy mają ich całe stadka - nasza szefowa posiada cały tabun, liczący około trzydziestu osobników. Cóż to za tajemnicza rasa?

                                               Walijski kuc górski (Welsh mountain pony)


Jest to mały, zgrabny kuc o silnym, muskularnym ciele, suchej głowie z szerokim czołem. Ma duże oczy i małe uszy co czasami daje mu wygląd...żabki. Umaszczone są rozmaicie, od siwych po kare. Ich wysokość to 110 cm do 120 cm w kłębie. Idealnie nadaje się dla dzieci jednak potrzebuje stanowczego i konsekwentnego szkolenia.

Częściej niż do jazdy koniki te są pokazywane na pokazach, które w naszej okolicy odbywają się niemal przez cały rok, prawie co tydzień i są połączone z zawodami dla innych ras, oraz z targami. Oczywiście "wystawową stolicą" kuca jest Walia. Tam odbywają się największe aukcje i pokazy.

 Pokazy są bardzo podobne do naszych polskich aukcji arabów, czyli jest schemat do przejścia/przekłusowania "w ręku",  oraz kilka zatrzymań, oraz najważniejsze - zatrzymanie w pozycji pokazowej. Sędzia ocenia ruch i wygląd konia kierując się wytycznymi dla danej klasy wiekowej (wystawiane są również odsadki).

Shiny, pozycja pokazowa

Niebieskooka 



Takiego kucyka można już kupić za 50 funtów, ale oczywiście im bardziej utytułowany tym wyższa cena. Pomimo tego, że teoretycznie można je ułożyć pod siodło dla dzieci, to praktycznie są to raczej takie "pieski wystawowe", chociaż nie można im odmówić wdzięku i często specyficznego charakteru np. siwa Shiny "miała zwyczaj" kopać wystawcę podczas kłusa. 

Oczywiście istnieje większa odmiana kuca walijskiego, tzw.  kuc walijski w typie wierzchowym. Nieco większy, do 134-140 cm w kłębie, umaszczenie każde oprócz srokatego. Akurat mam pod opieką 5-letniego, karego wałacha zwanego Flash, którego przestawiam na western. 


Flash ma przezwisko "westowy kuc" gdyż trzyma głowę w niskim ustawieniu sam z siebie, jednocześnie ma zwyczaj galopować po pastwisku robiąc niemal idealne koła również z niskim ustawieniem głowy. Wbrew pozorom ma dosyć wygodny kłus, bez problemu można wysiedzieć.

Z Flashem w ogóle wiąże się ciekawa historia, gdyż zobaczyłam go przypadkiem na padoku w czerwcu i stwierdziłam, że chciałabym na tym koniu jeździć. To była miłość od pierwszego wejrzenia, wzbudzająca raczej zdziwienie jak o tym mówiłam. Taaa, pomarzyć dobra rzecz, prawda? Jednak marzyć warto, bo miesiąc później dostałam go w trening tak jakby "w pakiecie" gdyż Czarek trenuje klacz tej samej właścicielki - mix AQH i Irlandzki koń sportowy, ale to już jest materiał na inną historię....





niedziela, 4 listopada 2012

Dzień pełen wrażeń...

Po dwóch tygodniach pięknej, słonecznej pogody w nocy i rano zaskoczyło nas oberwanie chmury. Deszcz lał z taką intensywnością, że pobliska rzeczka wystąpiła z brzegów. Na szczęście stajnia mieści się na wzniesieniu, więc nic nam nie zagraża. Przy okazji obalę tutaj mit, w który wiele osób wierzy, ba, ja sama wierzyłam póki się nie przekonałam na własnej skórze, że to mit. Mianowicie Anglia wcale nie słynie z deszczowej pogody, a już na pewno nie południowa Anglia. Ostatnie deszczowe lato było pierwszym takim od 70 lat. Zazwyczaj klimat jest tutaj bardzo łagodny, a morze celtyckie słynie z ciepłych prądów.
Rzeczka zrobiła psikus

 Wracając jednak do dzisiejszego dnia... W południe ponownie wyszło cudowne słońce i od razu pracowało się lepiej. Po ogarnięciu stajni wzięłam się do czyszczenia "pechowych" żłobów. Dlaczego "pechowych"? Dlatego, że jeszcze nie zdołałam wszystkich wyczyścić, bo zawsze po zrobieniu 2-3 ktoś mi przerywał. Tak też było tym razem. Do stajni przyszedł John (właściciel) z propozycją zabrania koni i pojechania sobie na spacerek do New Forrest. Pomysł upadł gdyż okazało się, że Leanne (właścicielka) zabrała Charliego, jednego z naszych koni wierzchowych i do jazdy zostały tylko dwa. Nie przejęliśmy się tym, bo mieliśmy co robić...jednak John nie dał za wygraną i kazał zapakować do ciężarówki maratonkę (lekki, treningowy powozik) oraz dwa fryzy - Noble'a i Bruce'a. Stwierdził, że dzisiaj chce mieć jakąś przyjemność związaną z jazdą. Długo nas namawiać nie musiał...

A co to za miejsce to New Forrest? Aaaaa, jest to jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc południowego wybrzeża. Park powstał 1 marca 2005 roku, a głównym celem jego istnienia jest ochrona starodrzewów, skupisk rosiczki, oraz wrzosowisk. Można tutaj też spotkać leśne cykady, obecnie bardzo rzadkie na Wyspach. Mieszkają tutaj też daniele, sarny, jelenie szlachetne, jelenie wschodnie zwane sika, oraz mundżaki czyli ssaki z rodziny jeleniowatych zwane też "szczekającymi jeleniami". Powierzchnia parku wynosi 571 km2, a największą atrakcją są półdzikie konie, krowy, osiołki i świnie. Całe to tałatajstwo chodzi po jezdniach, łąkach, wrzosowiskach, ogółem WSZĘDZIE...Do parku można wejść z psami, wjechać rowerami, wierzchem oraz powozem. W niektórych miejscach również samochodami. Wyobraźcie sobie teraz słynne wrzosowiska tak pięknie opisane w takich książkach jak "Wichrowe wzgórza", "Tajemniczy ogród", czy "Mały lord". Poniżej próbka z sierpnia, park od strony miasteczka, czyli główne wejście:




 Dzisiaj trafiliśmy tam tak jakby "od kuchni" i mieliśmy okazję podziwiać słynny starodrzew. Cały park narodowy jest podzielony na sektory poodgradzane płotkami i bramkami, przy czym do niektórych trzeba mieć klucze. John posiada dostęp do ścieżek ponieważ swego czasu w ofercie firmy były (i jeszcze będą) wycieczki wierzchem, bądź wagonetą po New Forrest. Dzisiaj sforsowaliśmy kilka takich bramek, oraz wyjechaliśmy na wrzosowiska. Niestety wrzosy już przekwitły...
Czarek zaprzęga konie

Leśne bramki


Wrzosowiska

 Zmarzliśmy okrutnie, ale jak to John stwierdził "powożenie to raczej mroźny sport, nie to co jazda wierzchem". Na dodatek podczas Czarka "zmiany przy wodzach", złapaliśmy flaka w przednim kole i zgubiliśmy po drodze jeden uwiąz...

 Na sam koniec, po powrocie na parking i załadowaniu koni na ciężarówkę, poszliśmy do pubu pokrzepić się gorącą czekoladą. New Forrest jest otoczone klimatycznymi pubami, w których jest tłoczno i gwarno, ale atmosfera jest bardzo przyjazna, a ludzie tak otwarci, że obcokrajowiec ma wrażenie, iż wszyscy Anglicy się znają. Oni są po prostu bardzo uśmiechnięci, otwarci i gadatliwi... Czyżbym obaliła kolejny mit, tym razem dotyczący Anglików? Anglicy - flegmatycy. Wcale, że nie! Raczej bardzo sympatyczni, uśmiechnięci, często lekko zakręceni ludzie o specyficznym poczuciu humoru. Baaardzo specyficznym, ale o tym innym razem.

 Na zakończenie dzisiejszego posta mogę tylko napisać - olejcie Londyn, bo moim zdaniem New Forrest jest miejscem, które powinno być bardzo wysoko na liście miejsc, które trzeba zobaczyć przed śmiercią.

sobota, 3 listopada 2012

Dzień jak co dzień...

 Dzisiejszy dzień powitał nas po raz kolejny pięknym słońcem, niestety z powodu bagna na pastwiskach konie pochodziły sobie tylko w karuzeli. Jedynie odsadki miały możliwość sobie pohasać. Farciarze jedne...tylko ich pastwisko nie stoi w wodzie.

 Przez najbliższe 1.5 tygodnia nie ma w planach żadnych zamówionych wyjazdów, więc czas płynie sobie raczej nudno i powoli. Przed wyjazdem zwykle mamy kociokwik - w zależności od tego ile koni jedzie....i które. Najprościej jest wbrew pozorom z naszymi siwymi lipicanami - widać dokładnie wszystkie plamy, a większość spokojnie schodzi potraktowana ciepłą wodą. I nie trzeba zaplatać grzyw, czasami ktoś sobie zażyczy koreczki z wstążkami czy innym badziewiem (klient nasz pan), no to wtedy jest nieco roboty. Nie tak dawno mieliśmy ślub gdzie panna młoda zażyczyła sobie koreczki z niebieskimi wstążkami i niebieskie wstążki na karecie. Pokurwiliśmy trochę na to, pośmialiśmy się, że konie kretyńsko wyglądają, ale tylko trochę. W gruncie rzeczy to był bardzo smutny ślub, gdyż panna młoda była nieuleczalnie chora, a ten ślub to było jej ostatnie życzenie...Najbardziej jednak zmroził mnie fakt, że razem ze ślubem zamówiła też sobie od razu fryzy na pogrzeb...
Artur. Stara stajnia
                                                                         



Noble. Stara stajnia.
 Wracając do przygotowania koni - najgorzej jest z fryzami, jest to najcięższa robota. Zwykle kąpiemy konie dzień wcześniej, a fryzy trzeba wyjątkowo dokładnie szorować, zwłaszcza przy nasadzie grzywy i ogona, a następnie baaardzo dokładnie spłukać. Każde niedoróbki widać podczas wyjazdu - z niedomytego, albo źle spłukanego konia sypie się biały pył wyglądający jak łupież. Jest się czego wstydzić przed klientem...więc trzeba się przyłożyć. Ja zwykle po takiej kąpieli wyglądam jakbym sama brała kąpiel. Jest to nieco uciążliwe gdy jest zimno.



Mol. Zdjęcie z dzisiaj. Nowa stajnia
 Teraz miłośnicy fryzów zapewne nas zjadą, zjedzą i okrzyczą...nasze fryzy mają golone szczotki pęcinowe i szczecinę przy pysku. Nie jest to nasza wola tylko tak życzy sobie szefostwo. Jeden Max i odsadki mają szczotki pęcinowe tak jak to powinno u porządnego fryza wyglądać. W każdym razie przed kąpielą konie mają golone pęciny i pyski, czasami podgalamy włosy w uszach...





                                                                                                                       
                                                                                       

Po kąpieli następuje jak dla mnie najbardziej uciążliwy punkt programu - plecenie grzyw i ogonów. Odbywa się to metodą "z płota", lub po prostu z drabinki i zajmuje najwięcej czasu. Zwłaszcza jeśli zaplata się Noble'a z jego grzywą sięgającą dobrze za łopatkę. Sam ogon wystarcza na 3-4 grube warkocze.


Noble.


                      
 Jeśli wyjazd jest gdzieś dalej, konie są ładowane do dużej ciężarówki razem z uprzężą i karetą, a groomer na miejscu przygotowuje je do pracy, a także pełni funkcję pomocnika/stangreta. W czasie pogrzebów idzie przed lub obok zaprzęgu, podczas ślubów otwiera drzwi karety parze młodej. 
Czarek czeka na sygnał powożącego.

Czasami wyruszają w zaprzęgu prosto ze stajni, wtedy rozplatamy warkocze, rozczesujemy i całego konia smarujemy...oliwką, kopyta czarną pastą, a siwki są czasami jeszcze miejscowo "paćkane" szamponem odbijającym światło.  Cały zaprzęg ma wyglądać jak przysłowiowy  milion dolarów, a konie jak tap madl. Efekty mówią same za siebie:

Noble & Bruce

Merlin & Artur