czwartek, 28 sierpnia 2014

ML Training - czyli kompletny zwrot w życiu

Witajcie po długaśnej przerwie... Nie wiem czy zdołam opisać wszystkie zmiany w jednym poście, ale spróbuję.

Pierwszym i największym wydarzeniem było nasze przeniesienie się z Hampshire do West Sussex, do miasteczka Midhurst, znajdującego się w samym sercu rezerwatu South Downs.
Posłuchajcie jak to było...

Na początku czerwca dostałam na maila wiadomość, która dosłownie zwaliła mnie z nóg. Była to propozycja pracy "od zaraz" w ML Training, stajni westowej nastawionej na sport http://mltraining.co.uk/ .
W końcu! Po tak długim czekaniu i rozsyłaniu CV! Tak swoją drogą to rok temu wysłałam nasze CV dokładnie w to samo miejsce i nie otrzymałam żadnego sygnału (potem dowiedzieliśmy się, że nic takiego nie doszło). A teraz zostałam po prostu znaleziona w sieci.
Pojechaliśmy na rozmowę kwalifikacyjną 80km od Southampton, do sąsiedniego hrabstwa. Prawie się posikałam z wrażenia. Powitał nas młody chłopak - Michael Langford , który okazał się mistrzem Anglii w reiningu i właścicielem tego całego biznesu. Następnie dołączył starszy facet, który od razu się spytał czy znamy Alexa Jarmułę. Znamy, a jakże! I w tym momencie owy pan - Bob Mayhew, powiedział "A to świetnie, bo ja go uczyłem w Finlandii jeździć western". Czyli okazało się, że trafiliśmy w jakieś totalnie magiczne miejsce, do młodego mistrza i jego starszego nauczyciela, międzynarodowego trenera i sędziego west.

Po rozmowie zostałam zaproszona na następny tydzień, na dzień próbny i sprawdzenie moich umiejętności jeździeckich. Próbę i sprawdzian przeszłam z powodzeniem, chociaż miałam trochę stresu.
Był czerwiec, a ja miałam zacząć od pierwszego lipca. Ileż było załatwiania! Musiałam zarejestrować własną działalność (bardzo często osoby pracujące w stajniach są self-employed), musieliśmy się przeprowadzić, wynająć coś w nowym miejscu. Na początku nic nie mogliśmy znaleźć, a jak znaleźliśmy to nie było nas stać na depozyt. Z pomocą przyszła moja mama, która pożyczyła nam potrzebną sumę, a w przeprowadzce pomógł przyjaciel z Fahrem (dzięki Andrzej!).
Jak tylko zrzuciliśmy bety w nowym mieszkaniu to na drugi dzień ja już szłam do pracy. Właściwie to jechałam, prawie codziennie "pedałuję" 6.5km z Midhurst do Trotton gdzie znajduje się stajnia. W weekendy zawozi mnie Czarek, a jak mam awarię roweru, albo bardzo pada to jadę z mamą Michael'a.

Rano karmię i rozstawiam konie po padokach. Potem siodłam kolejne konie mojemu szefowi i w międzyczasie sama mam z nim treningi. Uczę się trenować konie z siodła, a ostatnio także z ziemi, w round-penie. Czasami czuję, że mam łeb jak sklep od nadmiaru informacji, zwłaszcza jak Bob prowadzi kliniki dla jeźdźców. Mam wręcz obowiązek w nich uczestniczyć, a potem jestem "przepytywana" czego się nauczyłam. Muszę się uczyć, gdyż posada, którą objęłam to nie posada pomocy stajennej, ale asystenta trenera. Czarek też na tym zyskuje, bo ma wolny wstęp na wszelkie tego typu warsztaty.

Popołudniu przestawiam konie na padokach, ogarniam stajnię, rozwożę siano i mam przerwę obiadową.
W okolicach godziny 15-tej karmię konie, które na noc wychodzą na pastwiska i ogarniam stajnię na wieczór. O godzinie 17-tej kończę pracę. W ciągu dwóch miesięcy mojej pracy nadgodziny zdarzyły mi się ze dwa razy. To dlatego, że zawsze mogę liczyć na pomoc jeśli nie nadążam z czymś. 

Najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że wszyscy są bardzo życzliwi. Na zawodach, które były u nas w stajni sprzedawcy ze stoiska ze sprzętem rozpoznali nas bez trudu. Zapamiętali dwójkę Polaków jeżdżącą western. Zawodnicy podchodzili, przedstawiali się, pytali jak mi się pracuje.

Dobrze jest.... :)





sobota, 22 lutego 2014

W końcu przyszła Wiosna!

Po długiej przerwie odpaliłam znowu naszego bloga. Zima w tym roku doświadczyła nas bardziej niż w zeszłym. Dały nam się we znaki największe od 100 lat opady deszczu i powodzie, nie wspominając już o orkanach i sztormach.
 Wiem, że wiele osób robiło sobie jaja z orkanów, że niby nie wiało tak mocno, ale wesoło nie było. Ulewy i silne porywy wiatru uszkodziły nam dach i prawdopodobnie mury domu. A dalsze deszcze uniemożliwiały naprawę szkód. Teraz czekamy, aż wszystko chociaż trochę obeschnie.
 Poza tym w Fahrem pastwiska zalane, a w Romsey wylała River Test.

 Przez tą koszmarną pogodę nie mogliśmy pracować przy koniach nigdzie, gdyż warunki kompletnie na to nie pozwalały, a większość ludzi zajęta była walką z żywiołem. Tą zimę będę długo pamiętać, zwłaszcza to, że musieliśmy zacisnąć pasa i na pewien czas zatrudnić się gdzie indziej.

 Na szczęście teraz powoli wracamy, na razie na pół etatu do Eldon Stud. Dzisiaj akurat mieliśmy pierwszy dzień, któy przeznaczyliśmy na "pozimowy rozruch" i czyszczenie.

Na pierwszy ogień poszła Obi, którą trzeba było złapać, wyczyścić i założyć derkę. O dziwo nie poszło nam źle, klacz doskonale pamiętała o co chodzi. Bardzo dobrze, ponieważ pewni ludzie są zainteresowani daniem Obi w trening wyścigowy.
 Przy okazji zgarnęłam też z padoku Chocko i wyczyściłam go tyle ile się dało. Błoto miał nawet na powiekach.

Obi i Bonnie

Chocko

Priorytetem jednak jest Guinewra, roczna klacz, która na początku Marca idzie w trening, a wcześniej musi bez problemu podawać nogi i chodzić na halterku. Tutaj też już pewna praca była wykonana, także byliśmy dobrej myśli i nie pomyliliśmy się. Klacz bardzo dobrze reaguje na halter.

Ginger & Guinewra

Guinewra


 Skoro wzięliśmy Guinewrę to i Ginger też. Wcześniej Ginger nie dawała się ani czyścić, ani specjalnie prowadzić, kładła uszy po sobie i straszyła wszystkich naokoło. Teraz po zimie widać, że trochę dojrzała i nabrała pewności siebie. Mile nas zaskoczyła.

 Następny trening odbędzie się już na ujeżdżalni. O dziwo nie ma tam specjalnie błota, a podłoże jest całkiem niezłe. Czarek weźmie w obroty Domingo, a ja wrócę do Mischiefa. Oprócz tego w międzyczasie 4-letni syn znajomej zacznie oswajać się z Drifterem. Czeka nas pracowita wiosna.

piątek, 25 października 2013

Wizyta dentysty i Mischief w terenie

Przez ostatnie noce nawiedziły nas ulewy jak i również burze. Ujeżdżalnię totalnie nam zalało, ale w gruncie rzeczy największy kłopot miał Czarek, gdyż ja właściwie na razie nie potrzebuję z niej korzystać. Jeśli tylko kuc nie jest mokry to zabieram go w teren.

Wczoraj była dobra pogoda do tego, więc pojechaliśmy. Chciałam sprawdzić jedną trasę jeździecką w pobliżu Kings Somborne, ale nie wiem czy jeszcze tam pojadę. Strasznie mi się dłużyła jazda asfaltówką zanim w ogóle dotarłam do docelowej ścieżki. Poza tym kuc strasznie się zbulwersował gdy musiał zjeżdżać z jednego wzgórza i wjeżdżać na kolejne. Jak na swój pierwszy teren zachowywał się bez zarzutu, ale nie może być kolorowo. 

W drodze powrotnej pokazał, że potrafi zachowywać się zgodnie ze swoim imieniem. W końcu Mischief znaczy tyle co Psotnik, Rozrabiaka. Gdy wracając mijaliśmy sąsiednią stajnię, kuc zaczął rżeć jak opętany...i nie przestał póki nie dotarliśmy do domu. Nic specjalnego nie robił poza tym, że darł paszczę jakbym go obdzierała ze skóry. Było to wystarczająco denerwujące zwłaszcza, że zagłuszał moje własne myśli. Nie pomagało moje "ciiiiiicho, ciiichooo, szszszszsz!", ani nawet "ZAMKNIESZ SIĘ WRESZCIE?!". 
 Miałam niezłego cykora przejeżdżając obok domostw, gdyż Anglicy bywają troszeczkę przeczuleni na punkcie dobra zwierząt. Przemknęło mi przez myśl, że zaraz ktoś zadzwoni po RSPCA, albo innych animalsów. Przestał wrzeszczeć jak zatrzymaliśmy się pod naszą stajnią. Następnym razem jadę do bliższej ścieżki jeździeckiej - na szczęście mam tutaj wiele malowniczych tras do wyboru.



Dwa dni temu zawitał do nas dentysta koński, zresztą bardzo ciekawy człowiek. Facet jest też muzykiem i również hoduje konie, andaluzy, a jego żona nawet startowała w różnych zawodach hiszpańskiej szkoły jazdy. Jednak ujął nas tym, że o końskich zębach i swojej pracy potrafi opowiadać z niesamowitą pasją, a kontrole przeprowadzał nie używając żadnych "głupich jasiów" czy innych znieczulaczy. Gość ma po prostu niesłychaną rękę do koni i umie opowiadać, tłumaczyć. Sporo się nauczyliśmy, między innymi o działaniu wędzidła na zęby i o tym jaki wpływ na zęby ma delikatna, stabilna ręka. 

sobota, 12 października 2013

"Szwendacze" - Ruiny opactwa Titchfield, Fahrem

Tym razem trafiliśmy do opactwa Titchfield w Fahrem, a żeby było zabawniej to przez dłuższy czas mieszkaliśmy w pobliżu tego miejsca, a nigdy się tam nie wybraliśmy. Dopiero dzisiaj zorientowaliśmy się, że to te same ruiny, które fotografowałam rok temu z padoków. Pogoda dopisała i tym razem.

Titchfield Abbey jest zdecydowanie lepiej zachowane niż Netley Abbey, gdzie byliśmy poprzednio, ale niestety po samym kościele zostały już tylko fundamenty.
 Opactwo pod wezwaniem Świętej Marii i Jana Ewangelisty zostało założone w 1232 roku przez Piotra des Roches, biskupa Winchesteru, dla zakonu Norbertanów. Pełna nazwa zgromadzenia brzmi Kanonicy Regularni Zakonu Premonstratensów. Sam zakon został założony w roku 1120 przez św. Norberta z Xanten w miejscowości Premontre koło Laonu we Francji. Oparty jest na regule św. Augustyna z Hippony, który uważany był za duchowego przodka protestantyzmu. Nie będę tutaj opisywać poglądów św. Augustyna powiem tylko, że uznawał on równość kobiety i mężczyzny, oraz skłaniał się ku manicheizmowi - uważał m.in., że drogą do wyzwolenia spod wpływu zła jest poznanie. Polecam zgłębić temat...

A wracając do naszego szwendania się...

Kanonicy żyli wspólnie przestrzegając ślubów czystości, ale byli również zaangażowani w szerszej społeczności jako głosiciele Ewangelii. Z 14 lub 15 mieszkających tutaj zakonników, dwaj służyli jako wikariusze w pobliskich kościołach parafialnych. Byli znani z noszenia białych habitów dlatego też nazywano ich również "białymi kanonikami. Dnie spędzali na czytaniu ksiąg i organizowaniu Mszy w kościele klasztornym.

Opactwo było w ​​posiadaniu wielu tysięcy hektarów ziemi i miało swoje własne budynki gospodarcze oraz szereg stawów rybnych. Titchfield było dobrym przystankiem w przypadku podróży na kontynent, a król Henryk V zatrzymał się tam przed wyruszeniem na podbój Francji.

Po rozwiązaniu klasztorów, majątek przeszedł w 1537 roku w ręce Thomas'a Wriothesley'a, pierwszego hrabiego Southampton. Po1542 roku przekształcił zabudowania klasztorne w rezydencję zwaną House Place. Wśród jego znamienitych gości byli Edward VI, Elżbieta I i Karol I z małżonką, królową Henriettą Marią.
 Hrabia Wriothesley  przekształcił opactwo w zupełnie nową siedzibę, wykorzystując wiele budynków klasztornych. Duża brama wjazdowa została wybudowana w poprzek nawy kościoła klasztornego. Przylegała do niej portiernia, a powyżej mieściło się mieszkanie odźwiernego. 18-wieczny plan sugeruje, że to pomieszczenie było później używane jako mały teatr. Bardzo możliwe, że to właśnie tam odbyły się pierwsze przedstawienia sztuk Szekspira (więcej o tym w dalszej części). Kilka dużych okien kościelnych zostało odbudowanych jako murowane kominki, schody i wieże narożne zostały podwyższone i zwieńczone blankami. W klasztorze zachowała się też jedna z najlepszych kolekcji płytek podłogowych w południowej Anglii. Płytki zostały wykonane przez odciśnięcie drewnianego stempla w mokrej glinie. Glinkę zalano białą cieczą wypełniając zagłębienia, a nadmiar zeskrobano formując wzór. Płyty zostały następnie pokryte szkliwem ołowiu i wypalone w piecu. Łaciński napis na jednym z chodników był skierowany do zakonników idących do refektarza na posiłki, a w tłumaczeniu oznaczał: "Zanim zasiądziesz do mięsa na stole przede wszystkim wspomnij biednych".

Wejście główne (dawna nawa)

Zachowane płytki podłogowe

Kominek


Trzeci hrabia Southampton był patronem Williama Szekspira i uważa się, że niektóre sztuki Szekspira po raz pierwszy zagrano tutaj. Rezydencja House Place przetrwała do roku 1781, kiedy większość budynków rozebrano z powodu zapotrzebowania na kamień. Na początku XX wieku wykopaliska archeologiczne pomogły wyjaśnić układ budynków klasztornych, a plan opactwa jest oznaczony na ziemi.














środa, 9 października 2013

Robimy postępy...

Dzisiaj wyjątkowo leżymy chorzy. Jakiś wirus się przypałętał, a wczorajszy dzień był nieco męczący.

Wczoraj nie jeździłam na Drifterze, za to wsiadła nasza zleceniodawczyni. Stwierdziła, że dotychczas wykonałam dobrą robotę i kuc progresuje. Została do poprawienia jedna rzecz i niestety będzie to żmudna praca od podstaw. Właścicielka kuca, 14-letnia dziewczynka, miała nawyk trzymania mocno "w garści" wodze od prawej strony i kuc przy jeździe w lewo opiera się na wędzidle po stronie prawej. To takie głupie uczucie, jakby opierał się o wędzidło prawy "kącik", przez co na lewej wodzy powstaje luz. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałam i brzmi to trochę jakby wbrew logice. Jednym słowem wracamy do pracy na halterze i powoli gimnastykujemy lewą stronę, a w siodle dajemy luźną wodzę i pozwalamy rękom "pracować" w rytmie kroków kuca, żeby w końcu rozluźnił się i wyprostował.

Za to drugi kuc Mischief wczoraj po raz pierwszy pojechał ze mną w teren. Najpierw poszliśmy na piechotę, ale wróciłam już w siodle. Zachował się bez zarzutu i nawet zaskoczył mnie idąc w ustawieniu na luźnej wodzy. Trochę się tylko boczył na pieńki i pod koniec nie chciał się zatrzymać do zsiadania. Trzeba popracować nad wsiadaniem i zsiadaniem w terenie.


Czarkowi też się wiedzie. Jego podopieczna, Domingo już kłusuje z jeźdźcem na grzbiecie, jeszcze na halterze, ale przyjęła już wędzidło bez fochów. Klacz jest bardzo chętna do ruchu, nie trzeba jej popędzać.
Kolejna "dziewczyna", Obi, przyjęła już siodło i można ją już siodłać w stajni. Wprawdzie wczoraj strzeliła lekkiego focha i podskoczyła kilka razy, ale na treningu wszystko było w porządku. Stała grzecznie gdy Czarek wkładał nogę w strzemię.

Na bieżąco są też kręcone filmiki z naszych postępów. Są potrzebne do aktualizacji strony internetowej. Wkrótce też zostaną wydrukowane ulotki i zacznie się walka o klienta.

Mam nadzieję, że się uda...

piątek, 4 października 2013

Dostałam w kość...

Nigdy nie przypuszczałam, że tak bardzo da mi się we znaki...kuc. Drifter nie jest koniem narowistym, nie miewa odpałów, ale...no właśnie.
 Ostatnim "koniem-profesorem" był dla mnie ogier Czarka, Hint Shabo, teraz kiedy przesiadłam się znowu w siodło klasyczne trafiłam na doświadczonego zawodniczo kuca.

Na początku nic nie zapowiadało "nieszczęścia", ot nieco leniwy mikrus mi się trafił. Dopiero gdy z polecenia właścicielki przesiadłam się w siodło klasyczne, zaczęła się jazda. Zlewanie tematu, nie wyjeżdżanie narożników, płoszenie się i próby wynoszenia mnie były na porządku dziennym. Do tego na początku nie czułam się zbyt komfortowo w siodle klasycznym zwłaszcza, że "służbowe" siodło jest usytuowane nie na czapraku jak to zwykle bywa, ale na specjalnych panelach. Ponoć lepsze dla konia, ale jeździec musi się przyzwyczaić. W każdym razie ostatni tydzień upłynął mi pod znakiem zaciskania zębów i załamywania rąk. Dzisiaj dopiero nastąpił niewielki przełom. Złowieszczy mikrus ustąpił i zaczął się uginać na prawą stronę.

A tak w ogóle to nie polecam jazdy w siodle angielskim w dżinsach...na początku popełniłam ten błąd. Bolało...


Światełkiem w tunelu jest dla mnie inny kuc - Mischief. Układany przeze mnie od zera, z początku miewał dziwne zajawki. Na przykład płoszył się na dźwięk wydawany ustnie, a imitujący "pierdzenie". No to, żeby go odczulić musiałam prowadzać go po ujeżdżalni i "popierdywać". Z jakiegoś powodu wzbudzało to ogromną radość zgromadzonej gawiedzi...
 Jednak przyznać trzeba, że kuc szybko się uczy, jest chętny do pracy i zadziwiająco elastyczny. Oczami wyobraźni już widzę dzieciaki startujące na nim w western trail...


niedziela, 29 września 2013

"Szwendacze" - Ruiny opactwa w Netley

Postanowiliśmy w końcu zacząć coś niecoś więcej zwiedzać, a ja dodatkowo mam fioła na punkcie zamków, ruin, parków i innych takich dziwnych, zarośniętych miejsc. Zaczęłam szperać w sieci i zaplanowałam odwiedzenie większości takich miejsc w hrabstwie Hampshire i jednocześnie utworzyć cały cykl takich wypraw.

Na pierwszy ogień poszły magiczne ruiny, które odnalazłam jedyne 6 mil od naszego miejsca zamieszkania.
Netley Abbey jest zniszczonym późno średniowiecznym klasztorem umiejscowionym w wiosce Netley blisko Southampton.Opactwo zostało założone w 1239 jako dom dla mnichów z zakonu Cystersów.  Opactwo Netley nigdy nie było bogate, ani nie było znane z żadnych wpływowych uczonych, ani duchownych, a o jego 300-letniej historii było cicho, to mnisi byli najbardziej znani ze swojej hojności i gościnności oferowanej podróżnym i żeglarzom.

Codziennie rano mnisi zaczynali dzień od lektury rozdziału z reguł świętego Benedykta, określających zasady życia zakonnego. Zakon Cystersów został założony w 1098 z konkretnym zamiarem ścisłego przestrzegania niniejszych zasad. Zgodnie z nimi, życie zakonne było bardzo proste, oparte na dziennych rutynowych pracach, nauce i modlitwie. W nocy, mnisi spali w dużym dormitorium. Cystersi odrzucił wszystkie źródła luksusu i bogactwa. Nosili niebarwione grube wełniane habity, co doprowadziło do ich popularnej nazwy - "białych mnichów". Przestrzegali też ściśle diety wegetariańskiej i reguly milczenia. Żeby trzymać się z dala od pokus doczesnego świata opactwa cysterskie powstawały na odludziach. Choć trudno to sobie wyobrazić dzisiaj, Netley było kiedyś takim odizolowanym miejscem, w dużej mierze otoczonym gęstym lasem i wrzosowiskami.

W 1536 opactwo zostało zamknięte przez Henryka VIII, a budynek został przekształcony w rezydencji William'a Paulet'a, zamożnego polityka z dynastii Tudorów.Klasztor był wykorzystywany jako dom aż do początku XVIII wieku, po czym został opuszczony i częściowo zniszczony, a jego budulec przeznaczono na materiały budowlane. Następnie ruiny stał się atrakcją turystyczną, oraz dostarczały inspiracji poetom i artystom ruchu romantycznego.  Liczne pozostałości składają się z kościoła, budynków klasztornych, domu opata, i fragmentów pozostałych po rezydencji. Netley Abbey jest jednym z najlepiej zachowanych średniowiecznych klasztorów cysterskich w południowej Anglii.

Goście mogą obecnie zwiedzać pozostałe na swoich miejscach mury kościoła i budynków klasztornych na oraz dom opata. Niewiele pozostało z rezydencji po rozbiórce poza południowym skrzydłem, fundamentami oraz pozostałościami po ogrodach. W większości miejsc ściany sięgają do pierwotnej wysokości.Zakrystia / biblioteki, kaplica, skarbiec i niższe piętro domu opata nadal mają nienaruszone sklepienia.

Na przestrzeni lat wokół opactwa wyrosło kilka legend, może to poświadczyć Walter Taylor, budowniczy zakontraktowany do zburzenia kościoła. Legenda głosi, że przed rozpoczęciem pracy miał sen, że zostanie ukarany, jeśli popełnił świętokradztwo, uszkadzając budynek. Opactwo jest też domem dla dwóch duchów. Pierwszym jest mnich, który ukazuje się jako biała postać, a drugim jest podobno były opat jawiący się jako figura czarna.

Plan opactwa

Wejście główne

Pozostałości pomieszczenia, w którym mnisi rozpoczynali dzień od lektury reguł św. Benedykta

Pozostałości umywalni. We wnękach mnisi myli ręce przed jedzeniem i modlitwami.

U góry znajdowało się wejście do dormitoriów

Dziedziniec

Widok od strony domu opata

Główne wejście do kościoła

Nawa główna

Boczne wejście do kościoła


Zakrystia i biblioteka

Domek opata

Główne pomieszczenie w domu opata

Na tyłach domu opata