czwartek, 29 czerwca 2017

Już na nowym miejscu

 Mieliśmy długą przerwę od bloga, ale w sumie dopiero teraz jestem na tyle przytomna, żeby cokolwiek napisać. Praktycznie przez całą wiosnę byliśmy tak zajęci, że w sumie to nie dokońca pamiętam co się działo.

 Przede wszystkim tydzień temu przeprowadziliśmy się bliżej stajni, dosłownie przez płot. Wcześniej też nie było daleko, ale teraz jest to jakieś 200 metrów od domu, oszczędzamy dzięki temu masę czasu, zwłaszcza ja nie muszę już popylać na rowerze. Ja chodzę sobie na piechotę przez płot, ale Czarek jak ma lenia to wsiada na mój rower...a potem marudzi, że rower za mały :D.

 Sama przeprowadzka to była w sumie droga przez mękę, bo akurat trafiliśmy na 2 tygodnie niezłych upałów. Super pogoda na leżenie plackiem, albo wieczorną pracę w ogrodzie, ale niekoniecznie fajna pora na przeprowadzkę i drobne prace remontowe. Jeździć też musieliśmy wcześnie rano, bo praktycznie do wieczora było upalnie. Jeszcze tylko czekamy aż hydraulik podłączy nam pralkę i zamontuje kran na ogrodzie. No i musimy posprzątać bajzel, który zrobiliśmy wokół domu...w sumie w samym domu też :D

 Nasza Beanie zaczęła już galopować pod jeźdźcem na dużej ujeżdżalni i w końcu doświadczyliśmy tego długo wyczekiwanego momentu gdy możemy jeździć obydwoje jednocześnie. Mała świetnie daje sobie radę i prawdopodobnie na jesieni spróbujemy wypuścić się z nią na zawody. Jak na razie w dalszym ciągu chodzi na halterze, więc na zawodach pójdzie na bosalu.
 Gringo dla odmiany jest w sumie nudny gdyż większość manewrów na treningach wykonuje w gruncie rzeczy poprawnie. Musimy tylko zacząć znowu pracować nad lotną i galopem przez drągi.


Zbuntowałam się. Stwierdziłam, że nie będę się kisić w długich spodniach

Zmęczeni po treningu

W stajni pojawiło mi się trochę nowych dzieciaków na jazdy i prawdopodobnie będziemy potrzebować drugiego kuca. Na razie ustawiamy jazdy tak, żeby nie przemęczać Carlito i żeby miał wystarczającą ilość dni wolnych od pracy, ale jak na razie kuc ma sporo energii i chętnie idzie na zajęcia, a dzieci go kochają. W dalszym ciągu uwielbiam pracę z dzieciakami i ludzi w dalszym ciągu to dziwi. A ja w dalszym ciągu nie rozumiem co w tym dziwnego gdyż ucząc dzieci być może tworzysz późniejszych zawodników, trenerów, koniarzy...

Ostatni temat na dziś, ale tylko dlatego, że wszyscy o to pytają - Brexit...ale tutaj rzucę tylko krótkim komentarzem. Nigdy nie doświadczyliśmy w stosunku do nas zachowań rasistowskich, ksenofobicznych czy innych takich. Nie mamy czasu na przejmowanie się rzeczami, o których trąbią w mediach (notabene proponuję czytać również anglojęzyczne artykuły, a nie tylko Onet, czy WP) . Płacimy podatki, jesteśmy zatrudnieni, ciężko pracujemy, nie bierzemy benefitów i mamy generalnie głęboko w dupie tą całą unijno - brytyjską wojenkę. Poza tym jesteśmy tutaj już ponad 5 lat, dobrze nam, nie odczuliśmy zmian. Tyle.


wtorek, 14 marca 2017

Już prawie wiosna

 Dzisiaj w końcu udało mi się przedrzeć przez papierkologię i wysłać paszport Beanie do AQH UK razem z resztą makulatury. Tu podpis, tam kopia certyfikatu, tu wypełnij, bla, bla, bla i ZAPŁAĆ, najlepiej miliony monet.
 Zresztą cały zeszły tydzień przekopywałyśmy się z Natashą przez procedury British Horse Society, coby wszystko dotyczące nauki jazdy było akuratne i zgodne z wytycznymi. Na każde byle pierdnięcie jest odpowiedni formularz, do tego po każdej jeździe muszę "zdać pisemny raport". To nie koniec, bo czekam jeszcze na podręczniki, z których mam się przygotowywać do wyrabiania uprawnień. Mózg ugotowany.
 Dodatkowo czeka nas tworzenie kilku symulacji przykładowej lekcji. Biedna Jamie będzie pewnie naszą "ofiarą". No ale taki los praktykantów.

Druga lekcja z trzylatką poszła lepiej niż zakładałam, gdyż dziewczynka zdołała skupić się  nieco dłużej niż za pierwszym razem (czyli na jakieś 5-7 minut). Ogólnie uważam te zajęcia za udane, zdołałam wykonać wszystkie zaplanowane ćwiczenia, a i maluch był zdecydowanie bardziej otwarty. Na pytanie "jakiego koloru jest grzywa Carlito?" odpowiedziała - "Błotnego". Uwielbiam dzieci.

 Z okazji nadejścia wiosny wzięliśmy się za regularne treningi, chociaż Czarek trochę marudzi, że jak po dwóch dniach deszczu nadchodzi słoneczny dzień, to znaczy, że jest to poniedziałek. Moim zdaniem i tak mieliśmy szczęście tej zimy, bo wcale aż tak nie lało.

Gringo w sobotę strzelił mi focha - giganta. Przyznam szczerze, że mnie zaskoczył, bo dawno takich "akcji" nie było. Poszliśmy na ujeżdżalnie gdzie Natasha akurat prowadziła jazdę na Stormie. Pierwszy foch przyszedł gdy Gringo zorientował się, że Czarek poszedł z Beanie do round-pennu zamiast, jak zazwyczaj, przyjść na ujeżdżalnię. Gruby zaczął się drzeć jakby go ze skóry obdzierali, aż się w końcu rozkaszlał i zapluł, ale polecenia wykonywał. Za to foch - gigant przyszedł gdy Tash zabrała Storma z ujeżdżalni... Gringo zaczął się boczyć, uciekać od łydki, próbował mi wyrwać do przodu, aż w końcu zaczął strzelać z zadu. Ogólnie zachowywał się jak porąbany, co jest o tyle ciekawe, że ze Stormem w sumie nie miał wiele do czynienia. Wkurzyłam się. Ogarnęłam go z siodła, potem zsiadłam, przegoniłam go z ziemi, wsiadłam z powrotem. W między czasie Czarek przyszedł z Beanie. Wygoniłam ich za winkiel, żeby Gruby ich nie widział i wzięłam go na ugięcia. Gięcie, gięcie, wolta, gięcie i tak dopóki nie zrozumiał. Uspokoił się dopiero jak dodatkowo przeszedł się kawałek "na wstecznym".  Przez resztę treningu był jak anioł. Wczoraj też pracowało się nam bardzo dobrze.

 A Beanie jest ostatnio "nudna", bo nic spektakularnego nie odwala. Chodzi grzecznie po drągach, galopuje grzecznie na lonży. Bez lonży też się bardzo słucha. Robiłam z nią kilka ćwiczeń do showmanship i całkiem nieźle to zaczyna wyglądać. Czarek już szykuje powrót do siodła i zaczniemy regularniejsze jazdy.


wtorek, 28 lutego 2017

The Classical Riding Academy

Po wielu miesiącach prób, błędów, zwątpienia i (a jakże!) ciężkiej pracy w końcu ruszyliśmy z akademią jazdy konnej. Jest to coś na co Natasha ciężko pracowała przez prawie dziesięć lat, a przez ostatni ponad rok staraliśmy się jej w tym pomóc. W końcu yard uzyskał licencję i mogliśmy ruszyć z reklamą i zapisami na jazdy. Spełniło się także jedno z moich większych marzeń, mianowicie rozpoczęłam pracę jako instruktor jazdy konnej i obecnie zbieram tak zwane "portfolio zawodowe", które będzie mi potrzebne do wyrobienia uprawnień.

Na razie uczę pod kuratelą Natashy i w sumie tak jak chciałam, zajmuję się głównie dziećmi. We czwartek mam pierwszą zabookowaną jazdę od osób "z zewnątrz". Będzie to czteroletnia dziewczynka, która dopiero rozpocznie swoją przygodę z jeździectwem. Moim zdaniem takie maluchy są najfajniejsze do uczenia, chociaż większość instruktorów twierdzi, że to koszmarna nuda. Dodatkowo uczenie tak małych "człowieków" to według mnie jedno z większych wyzwań,  jest to duża odpowiedzialność gdyż jak to się mówi "czym skorupka za młodu nasiąknie...". Wszelkie błędy popełnione przy uczeniu mogą wyjść w późniejszym treningu.

 Moja starsza adeptka jeździ już samodzielnie i rozpoczęłam z nią wprowadzenie do Traila, czyli ćwiczenia na drągach. Na razie idzie "koślawo", ale z takimi rzeczami nie należy się śpieszyć i nie należy się nimi przejmować. Tylko ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. Bardziej jestem zadowolona z jej galopów na lonży. Prawdopodobnie już niedługo przesiądzie się na nieco większego konia co da nam trochę więcej swobody. Kuc Carlito też ma swoje ograniczenia.

Co do ograniczeń to cieszę się, że mamy możliwość dyktowania swoich warunków. Nie ma tak, że konie będą chodzić po pierdylion godzin, bez chwili przerwy. Już w grudniu lekcje były ustawiane tak, że Carlito miał przynajmniej godzinę przerwy między jazdami, a ja osobiście wolę mu dać dwie godziny i więcej. Mamy możliwość zrobienia rotacji koni. Poza tym jednym z warunków otrzymania licencji było sprawdzenie wszystkich pracujących koni przez weta i te "checki" będą się powtarzać.

A co u naszych "dzieciaków"? Skończyły się "ferie" i czas powrócić do treningów. Gringo i Beanie bardzo ładnie i chętnie rozpoczęły sezon treningowy. Wczoraj za to obydwa koniska mnie załamały. Wróciły z padoków z taką ilością błota w ogonach, że doprowadzenie ich do "stanu używalności" zajęło mi prawie godzinę. Wyglądało to tak jakby obydwa zjeżdżały na dupach na padoku, bo błoto było właściwie tylko "z dupy strony".

Na zakończenie dodam, że jeśli ktoś akurat przebywa w Anglii i miałby ochotę pojeździć konno na dobrze zrobionych hiszpańskich koniach, to zapraszam do bookowania lekcji przez naszą stronę internetową https://www.classicalridingacademy.com/

Zapraszam także na fan pejdża The Classical Riding Academy

sobota, 31 grudnia 2016

Noworoczne postanowienia

Wszystkim naszym czytelnikom chcielibyśmy życzyć Szczęśliwego Nowego Roku, oraz spełnienia swoich marzeń i postanowień.


 Jak na razie jesteśmy bardzo blisko spełnienia pierwszej części swoich marzeń - szkółka jeździecka Bolingbroke Stud powoli ruszyła, a być może adeptów jeździectwa będzie przybywać. Jak na razie Tash śmieje się, że przynajmniej kuc Carlito zaczął w końcu na siebie zarabiać. Faktem jest, że najbardziej chętne na jazdy są dzieci, na dodatek same dziewczynki.
 Dzisiaj swoją przygodę z jeździectwem rozpoczęły 7-letnia Emily i 5-letnia Jessica. Nieco starsza od nich Vava ma z nami zajęcia już regularnie i zaczyna się przygotowywać do pierwszych zagalopowań i "spuszczenia z lonży". Podczas prowadzenia jazd stawiam przede wszystkim na pracę nad balansem i rozciąganie mięśni, czyli przez dosyć długi czas nie spuszczam moich uczniów z lonży.

 Z naszą klaczą Beanie skupiamy się teraz na pracy z ziemi i budowaniu kondycji oraz mięśni. Dzięki temu na wiosnę będzie można zacząć już regularne jazdy. Jak na razie nasza dziewczynka radzi sobie świetnie.
 Czarek zaczął też od nowa pracę z Jaxem. Jak na razie pracują nad odbudowaniem kondycji...obojga. Wiadomo, że w zimie przy krótszym dniu ciężej jest prowadzić regularne treningi, ale teraz jak dzień zaczyna być dłuższy to powinno być nam łatwiej.

 Siwy Lusitano Ziggy wraca do siebie po kastracji i prawdopodobnie już niedługo będzie mógł wychodzić na padoki razem ze stadem.


Jax, szczęśliwy po treningu

Ziggy i Pete

wtorek, 27 grudnia 2016

Praca z ziemi bez liny

 Dzisiaj chcielibyśmy Wam przedstawić jak ostatnio pracujemy z Gringo. Powiem szczerze, że natchnęła mnie do tego Natasha podczas sezonu pełnego pokazów. Jednym z elementów był pokaz posłuszeństwa. Bardzo przydatna sprawa, zwłaszcza gdy zawiodą inne sposoby na zatrzymanie konia, a pozostanie tylko głos i mowa ciała.

 Dla nas dużym ułatwieniem jest to, że Gringo od małego był prowadzony metodą natural horsemanship i  dobrze reaguje na komendy głosowe i mowę ciała. Przede wszystkim jednak nie należy rezygnować gdy  koń nie reaguje na nasze komendy od razu.
 * z góry przepraszamy za jakość zdjęć.





W oczekiwaniu na trening

 Pracę zaczynam już od wyprowadzenia konia z boksu. Staram się nie przywiązywać go i najczęściej wszelkie czynności wykonuję wokół niego właśnie gdy sobie tak stoi. Oczywiście czasem zdarzy się, że zrobi krok w lewo, albo w prawo, ale wtedy spokojnie ustawiam go "na miejsce". Tego typu trening wymaga cierpliwości i czasu, ale potem w większości przypadków otrzymujemy konia, który będzie spokojnie stał i czekał na nas.




Ćwiczenie zaczynamy na linie, żeby przyzwyczaić konia do sygnałów (naszej mowy ciała), które będziemy mu dawać. Ważne jest żeby skupić konia na sobie poprzez robienie częstych zmian kierunku i przejść stęp-kłus-stęp, a po rozgrzewce również kłus-galop-kłus. Z Gringo robimy również pleasurowe wyciąganie i skracanie kłusa. Gdy nasz koń jest już rozgrzany, spokojny i skupiony na nas, wtedy odpinamy lonżę.



Odpinamy lonżę
Gdy nasz koń chodzi już sobie "luzem" staramy się nakierować go na koło wokół nas poprzez naciskanie na zad. Ja to robię wskazując palcatem na zad i przemieszczając się tak, żeby utrzymać swoją pozycję mniej więcej w połowie długości konia, a wzrok kieruję na jego głowę. Aby skierować Gringo na drągi naciskam na jego zad i cofam się przyciągając konia bliżej siebie.








Bardzo ważne jest, aby podczas zmiany kierunku uzyskać zwrot głową do środka, łatwiej jest wtedy konia "ogarnąć". Gringo akurat często robi zwrot na zewnątrz, gdyż podczas pracy w round penie został nauczony, aby zmieniać kierunek z głową do ściany. Zapobiega to przechodzeniu na łopatkę i pilnuje angażowania zadu w późniejszym treningu. Ot tak się przyzwyczaił, że jak "nie ma liny, to skręcam na zewnątrz".

 Bardzo ważnym elementem są też zatrzymania. Jeśli koń nie chce wykonać tego polecenia od razu na głos, wtedy należy wyjść przed jego łopatkę. Możliwe, że spróbuje zmienić w tym momencie kierunek, wtedy musimy wykazać się refleksem i zajść go od drugiej strony. Na początku nie jest ważne gdzie koń się zatrzyma ważne, że spokojnie stanie.

Gringo podąża za mną

Ustępowanie zadu
 Jeśli na początku nie mamy pewności, czy nasz koń nam nie ucieknie, ćwiczenie warto zacząć od zaproszenia konia do podążania za Wami. Gdy już to się uda, można naciskając na zad uzyskać od konia stępowanie po małym kole wokół nas. Na początek nie trzeba wysyłać go daleko, a przede wszystkim trzeba przez cały czas skupiać na sobie jego uwagę. Dodam jeszcze, że presja nie musi być wywierana fizycznie przy pomocy  bata, ale też przy pomocy wzroku, przybliżania się i oddalania od konia.

 I nie poddawać się :D

Wszelkie pytania i opinie prosimy kierować na nasz email megiczarek@gmail.com

niedziela, 25 grudnia 2016

O angielskiej służbie zdrowia słów kilka...

...ale najpierw chcielibyśmy życzyć wszystkim Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku! :D

 Dzisiejszy wpis traktuję raczej jako anegdotę z codziennego życia tutaj na Wyspach. Teraz to niby anegdota, ale w sumie dalej w pewnym sensie jestem wściekła. Można mnie też posądzić o rasizm, bo za każdym razem jak dzwonię na jakąkolwiek infolinię to modlę się o konsultanta Anglika, albo kogoś z Europy Centralnej tudzież Wschodniej, byle nie Hindusa z akcentem.  To co się stało absolutnie nie jest normą, ale no cóż...do rzeczy:

 Nie tak dawno miałam w stajni drobny wypadek, ot w pewnym sensie, z niewielką pomocą naszych kopytnych przyjaciół, pocałowałam się z drzwiami boksu. Ciemno było, konie trzeba nakarmić to olałam kapiącą mi ze szczęki posokę i kontynuowałam ogarnianie rutynowych stajennych obowiązków. Było przed 7 rano, ale stwierdziłam, że około 8 koleżanka z pracy ogarnie mi twarz przy pomocy apteczki. Zdążyłam nieco spuchnąć, ale koleżanka oczyściła zdartą skórę, nakleiła mi plaster, a ja o sprawie w sumie zapomniałam.
 Na drugi dzień przed godziną 12tą poczułam się źle, więc moi z lekka przewrażliwieni współpracownicy postanowili zadzwonić pod nr 111 czyli urgent and emergency service helpline. Ich celem było po prostu sprawdzenie które przychodnie w okolicy mają dyżur w weekendy. I w tym momencie otwarły się wrota piekieł....
 Gwoli ścisłości, jak się dzwoni pod ten numer to ludzik po drugiej stronie musi najpierw otrzymać od pacjenta nr telefonu, nazwisko, adres, oraz uzupełnić ankietę z masą kretyńskich pytań. Dodatkowo tenże ludzik nie posiada przeszkolenia z pierwszej pomocy tudzież jakiegokolwiek medycznego i często gęsto fatalnie mówi po angielsku, a jeszcze gorzej rozumie. Ot, gość siedzący "na słuchawce" w call center.
"Mój" ludzik mówił z silnym afrykańskim (indyjskim?) akcentem,  nie potrafił ogarnąć mojego nazwiska, ani adresu mimo literowania. Gdy oddałam telefon koleżance, żeby kontynuowała za mnie (ja zwątpiłam), to jej nazwiska też nie mógł ogarnąć.
Wariactwo zaczęło się później, oto przybliżony (skrócony!) dialog koleżanki z gościem na infolinii:

 G: Czy poszkodowana jest przytomna?
 Kol: No tak, przed chwilą była przy telefonie przecież...
 G: Czy krwawi z rany?
 Kol: Nie, uraz powstał 24 godziny temu podczas oporządzania koni. My chcieliśmy się tylko  dowiedzieć...
 G: Jak powstał uraz?!
 Kol: No uderzenie twarzą w drzwi boksu...
 G: CZY URAZ POWSTAŁ PODCZAS JAZDY KONNEJ?!
 Kol: Uderzenie. Twarzą. W drzwi. Boksu.
 G: CZYLI JEST TO URAZ GŁOWY POWSTAŁY W CZASIE JAZDY KONNEJ.
 Kol (coraz bardziej zirytowana): Co? Nie! Przy wyprowadzaniu konia z boksu, ale my chcieliśmy tylko zapytać...
 G: JUŻ WYSYŁAM KARETKĘ! PROSZĘ SIĘ NIE ROZŁĄCZAĆ!
 Kol: Co??? Gdzie??? Jaka karetka?! Żadnej Karetki! My chcieliśmy się tylko zapytać o dyżury najbliższych przychodni!
 G: Karetka już jedzie! Niech poszkodowana się nie rusza!
 Kol: Panie! Żadnej karetki! Zwariował pan?!
 G: Pani jest agresywna!
 Kol: A pan jest idiotą!

Tak, wysłali do mnie ambulans...do siniaka i zadrapania na twarzy. Ratownicy przyjechali szybko, przekonani, że jadą do...(fanfary!)...KOPNIĘCIA W GŁOWĘ PRZEZ KONIA. W życiu nie było mi tak wstyd. Na szczęście jak już przyjechali to mnie obejrzeli i założyli konkretny opatrunek na te zadrapania. Stwierdzili, że to nie pierwszy raz ktoś z infolinii 111 kieruje ich do przypadku, który okazuje się być kompletnie z dupy (nie należy mylić tego z 112 albo 999 - pod tymi numerami siedzą dyspozytorzy z prawdziwego zdarzenia, 111 to tylko infolinia medyczna, głównie informacyjna, ale z której mogą wysłać karetkę). Przy okazji zbierania wywiadu medycznego wyszły kolejne jaja, bo panowie zapytali się mnie czy w ciągu ostatnich 24 godzin odczuwałam zawroty głowy i problemy z balansem. Bardzo nas to rozbawiło gdyż takie objawy odczuwam od lipca tego roku, a spowodowane jest to moim lekkim ogłuchnięciem na prawe ucho, a organizm (razem z błędnikiem) musi się "przestawić". Efekt jest taki, że czasem gibię się na boki jak pijana, albo niedosłyszę...albo jedno i drugie.  Panowie musieli zebrać pełen wywiad, co też uczynili śmiejąc się pod wąsem. Na koniec stwierdzili, że chcieliby mieć cały czas tak przyjemne wezwania (dostali kawę i ciastka). Ja nie byłam w tak dobrym humorze, gdyż cały czas miałam gdzieś tam w głowie, że karetka przyjechała niepotrzebnie, a gdzieś indziej jakiś człowiek może jej na serio potrzebować.

A wszystko przez to, że jakiś debil na infolinii nie potrafi słuchać co się do niego mówi...

P.S. Zadrapania i siniaki już zeszły.


sobota, 19 listopada 2016

W damskim siodle

Nasz team wzbogacił się ostatnio o nowy nabytek - odrestaurowane damskie siodło z 1930 roku.
 Jest to siodło skonstruowane na współczesną modłę, czyli teoretycznie da się w nim kłusować, galopować i skakać, praktycznie jest jednak zbyt delikatne do skoków. Do tego jest również rozmiarów dziecięcych, więc tylko Natasha i ja się w nim mieścimy. Jesteśmy tym bardzo podekscytowane, bo to oznacza, że będziemy mogły jeździć w dłuższych sukniach.






Może trochę historii na początek... Kiedyś uważano, że "dama", nie powinna jeździć konno siedząc okrakiem, więc kobiety, dzieci, a także osoby duchowne przewożone były w tzw. siodle fotelowym.   W siodle takim siedziało się całkowicie bokiem a stopy trzymało się nie w strzemionach, tylko na specjalnej deseczce. Uniemożliwiało to kierowanie koniem, a także jazdę chodem szybszym niż stęp.

Dopiero Anna Czeska, królewna z rodu Przemyślidów, udoskonaliła siodło stosując kulę (zakrzywiony bolec do przytrzymywania nogi), przez którą przekładało się prawą nogę w kolanie. Jadąc w ten sposób siedziało się już nie całkiem bokiem ale lekko zwróconym ku przodowi oraz znacznie stabilniej, dzięki czemu możliwe stało się kierowanie koniem nadal jednak jeździło się tylko w stępie. Z czasem przy siodłach zaczęto montować kulę przechodzącą po prawej stronie kolana prawej nogi, jednak po zastosowaniu kuli nad kolanem lewej nogi uznano, że tamta jest niepotrzebna. W ostatniej fazie rozwoju damskiego siodła dodano strzemię wypinające się z puśliskiem podczas upadku.
 Wsiada się praktycznie zawsze ze stopnia (tudzież po płocie), ponieważ nie można używać do tego strzemienia jak w normalnym siodle, gdyż można uszkodzić terlicę. Nie można też złapać za przedni bolec gdyż można go urwać. Najfajniejszy moment jest gdy już siedzimy, żeby ułożyć siodło na końskim grzbiecie, trzeba przewiesić się prawie że głową w dół na drugą stronę konia.
 Jeździmy z palcatem w prawej ręce, żeby kontrolować prawą łopatkę, jednak wszelkie zmiany kierunku i tempa wychodzą z dosiadu. I tu zaczyna się zabawa, gdyż żeby podczas jazdy w tym siodle, dosiad "działał" jak należy trzeba być wyprostowanym niemalże jak struna. Podczas jazdy bardzo silnie pracują mięśnie brzucha, silniej niż podczas normalnej jazdy, a także może drętwieć prawa noga, przewieszona przez bolec. Mimo wszystko jazda w damskim siodle jest zaskakująco wygodna, zwłaszcza pozytywnie zaskoczył mnie galop. Okazało się też, że mój ulubiony Storm zdecydowanie lepiej chodzi pod tego typu siodłem niż pod dresażowym.