Kocham Anglię, szczególnie na przełomie jesieni i zimy. Właśnie wchodzimy w taką zabójczą porę roku, gdy BBC nie jest w stanie podać względnie poprawnej prognozy pogody. Wczoraj zapowiadali deszcze, więc "na wszelki dziwny" założyłam derki. W Stedham i Midhurst nie padało cały dzień, chociaż Czarek mówił, że padało 20 mil dalej. No to sobie połaziły w derkach. Dzisiaj podali, że nie będzie padać wcale i ma wyjść słońce. Wypuściłam więc bez derek, bo ciepło. Właśnie doświadczyliśmy gwałtownego oberwania chmury, ale na szczęście tylko przelotnie. W Petersfield 10 mil dalej prawdopodobnie nie spadła ani kropla.
Ale ja nie o tym...
Maść chciałam ostatnio kupić, tudzież żel rozgrzewający dla Gringa, bo mu wyskoczyło "coś" na nodze. Niechętnie, ale musiałam skoczyć do sklepu jeździeckiego w naszym miasteczku. Rzadko tam chodzę, gdyż wszystkie zakupy typu suplementy, maści, żarcie i ściółkę kupujemy w dużym sklepie w Liphook. Tym razem potrzebowałam specyfik na już, więc chcąc nie chcąc wkroczyłam w bramy piekieł. Ten mały jeździecki nie jest źle zaopatrzony, ale jeśli już się chce coś tam kupić to lepiej dokładnie wiedzieć co, gdyż obsługa jest iście piekielna. Dokładnie wiedziałam co chcę kupić, obleciałam wszystkie półki i nie mogę znaleźć. No i tu popełniłam błąd - zdecydowałam się poprosić o pomoc obsługę. Zebrały się wokół mnie trzy babki i dalej szukają po całym sklepie i magazynie. No nie ma, są tylko schładzające. A nie chce schładzającego? Nie, dziękuję, potrzebuję rozgrzewający. Ale po co? A co koniowi jest? To tłumaczę, że "coś" na nodze, że trzeba pobudzić krążenie, bla bla bla. Stoją wokół mnie z szeroko otwartymi oczami i najstarsza zawyrokowała - "weterynarz potrzebny!". Jeszcze spokojna tłumaczę, że wet nie jest potrzebny, bo dokładnie wiemy jak postępować, a wet tu nie pomoże. No to one poszukają w googlach. Zasiadły przed komputerami i szukają....szukają....SZUKAJĄ. Po dobrym kwadransie w końcu jedna znalazła, ale to na zamówienie trzeba. Dobra, to poproszę zamówić. Zostawiłam namiary na siebie i z radością opuściłam w końcu sklep, dodatkowo czując się jak kompletny debil.
Swoją drogą gdy zeszłej zimy musiałam kupić kilka specyfików w tym jeździeckim to też usłyszałam głośny komentarz, że powinnam wziąć weta zamiast specyfiki kupować. Serio maść chroniąca piętki i spray odkażający plus spray przeciw swędzeniu dla KOTA, mówią o tym, że nasze zwierzęta są w ciężkim stanie i potrzebują interwencji weterynaryjnej?
Miejscowi zresztą narzekają, że poprzednia ekipa sprzedawców znała się na rzeczy i potrafiła pomóc, a te baby co są teraz to nie wiedzą nawet co mają na sklepie.
W Liphook dla odmiany obługa jest miła, zna się na rzeczy, a poza tym już nas tam rozpoznają. Gdy szukałam derki dla Gringo, rzuciłam tylko hasło "koń małopolski", a dziewczyna stwierdziła, że wie o co chodzi i dobrała nam idealny rozmiar. Byłam pod wrażeniem.
A tak w ogóle to w aptece kupiłam najzwyklejszą maść rozgrzewającą z eukaliptusem i
terpentyną. Po niecałym tygodniu robienia wcierek, to "coś" zaczęło się
zmniejszać.
wtorek, 25 października 2016
czwartek, 20 października 2016
Mamy szczęście do dobrych ludzi
Wczoraj nas naszło na taką refleksję, że w gruncie rzeczy mamy bardzo duże szczęście. Gdziekolwiek nie pójdziemy, to spotykamy wspaniałych ludzi. Kiedy przez ułamek sekundy zdarzy nam się spanikować i pomarudzić, że "Rety! co my teraz zrobimy", to zawsze trafia się ktoś, kto bardzo chętnie wyciąga rękę z pomocą. My staramy się robić to samo dla innych i dzięki temu życie toczy nam się bardzo przyjemnie, w szczęściu, wśród pól, lasów i przede wszystkim wśród koni.
Nasza kochana Beanie chodzi już pod siodłem, dwa dni temu wsiadłam na nią już bez asekuracji Czarka i zrobiłyśmy kilka kroków. Mała kompletnie się nie przejęła, nie poczułam u niej tego wzdrygnięcia przy pierwszym wsiadaniu, tak częstego u młodych koni, które zajeżdżałam. A niektóre konie potrafią pokazać jak bardzo im się to wszystko nie podoba. Zajeżdżałam dobry rok temu jednego wałacha AQH i on nie dość, że się wzdrygnął i wyprężył to jeszcze dygotały mu nogi. Beanie przyjmuje wszystko bardzo spokojnie, bez emocji i pocenia się.
I tak pracujemy sobie z naszą klaczką nie wadząc nikomu, a tu nagle dostajemy kolejne konie do ułożenia. Natasha widząc nasze roześmiane gęby zaproponowała nam ujeżdżenie jednego z jej hiszpańskich wałachów. Już dawno stwierdziłam, że Legato to jeden z piękniejszych koni jakie widziałam, cały srebrny, hreczkowaty z czarno - srebrną dłuższą grzywą. Zaczniemy z nim pracę w listopadzie, po powrocie z Polski.
W połowie listopada przychodzi też do naszej stajni Jax, wałach AQH, na którym Czarek z powodzeniem startował w Trailu. Jego właścicielka stwierdziła, że woli przenieść się "za nami", m.in. dlatego, żeby koń był dalej w treningu. Czarek aż podskoczył z radości gdy to usłyszał.
Daje nam to już cztery konie do pracy, a to w sumie nie koniec, bo niedługo z Natashą i Petem znowu zaczniemy ćwiczyć do pokazów i myśleć nad nowymi scenariuszami. Zwłaszcza, że kupili nowego siwego ogiera andaluzyjskiego.
Zostaje nam jeszcze Gringo, z którym również pracujemy dzielnie, ale nieco mniej intensywnie. Muszę teraz pamiętać, że jestem razem z nim już jedenaście lat, on sam ma już dwanaście i trzeba już na niego uważać, czy nie kaszle, czy dobrze się czuje, profilaktycznie robić pewne zabiegi, obserwować nogi. Prawdopodobnie jestem nadwrażliwa, ale mój koń, więc mi wolno!
I tak właśnie wczoraj sobie z Czarkiem rozmawialiśmy podczas sprzątania padoku, że w sumie to nigdzie się nie pchamy, nie ogłaszamy się, po prostu robimy swoje. Ludzie to widzą i decydują się powierzać nam swoje własne konie. Co mnie trochę drażni wśród niektórych osób trenujących konie, to narzucanie swojego zdania właścicielom, taki swoisty brak dyplomacji. Przez te kilka lat pracy nauczyłam się, m.in. od Czarka, że lepiej coś pokazać niż gadać. Miałam prosty przykład kilka dni temu. Opiekuję się pewnym koniem tj. wyprowadzam go razem z naszymi i sprowadzam. Dla mnie to kilka minut, bo i tak idę w tamtą stronę, a dla właścicielki spora wyręka. Na początku tygodnia sprowadziłam go jak zwykle i postawiłam go sobie, rzuciłam linę na ziemię luzem przed otwartym boksem i zabrałam się za zmienianie derki. Właścicielka zainteresowała się czemu nie robię tego w boksie. Powiedziałam więc, że tak mi wygodniej jak mi się koń do żarcia nie pcha, on się szybko nauczył, że najpierw derka, potem żarcie, a do boksu nie wolno wlatywać na pełnej petardzie, jednocześnie uczy go to respektu do mnie. Pani bardzo się tym zainteresowała i zauważyłam, że razem z córką zadowolone stosują tą metodę.
I nie trzeba mówić, że źle robiły! Niedobrze! Gówno wiedzą! Wystarczy po ludzku pokazać i to tak tylko przypadkiem, przy okazji, bez pouczania, zwłaszcza, że one bardzo dobrze jeżdżą.
Ludzie nie są głupi i chamscy, tylko czasami po prostu nieświadomi. Rozmawiać jak najbardziej trzeba i wymieniać doświadczenia. Jak się człowiek za bardzo przechwala, to musi mieć świadomość, że ludzie będą go obserwować, komentować i przede wszystkim weryfikować, czy te przechwałki to ściema, czy rzeczywiście trafili na specjalistę. Niestety często okazuje się, że większość takich przechwałek to...hmm...gówno prawda, albo lekko naciągnięta rzeczywistość. Chrissie Mayhew powiedziała mi jakiś czas temu, że żyjemy w czasach kiedy każdy może sobie przed nazwiskiem dopisać "trener koni", "artysta - rzeźbiarz", czy "model", a życie i tak zweryfikuje każdego.
I tak pracujemy sobie z naszą klaczką nie wadząc nikomu, a tu nagle dostajemy kolejne konie do ułożenia. Natasha widząc nasze roześmiane gęby zaproponowała nam ujeżdżenie jednego z jej hiszpańskich wałachów. Już dawno stwierdziłam, że Legato to jeden z piękniejszych koni jakie widziałam, cały srebrny, hreczkowaty z czarno - srebrną dłuższą grzywą. Zaczniemy z nim pracę w listopadzie, po powrocie z Polski.
W połowie listopada przychodzi też do naszej stajni Jax, wałach AQH, na którym Czarek z powodzeniem startował w Trailu. Jego właścicielka stwierdziła, że woli przenieść się "za nami", m.in. dlatego, żeby koń był dalej w treningu. Czarek aż podskoczył z radości gdy to usłyszał.
Daje nam to już cztery konie do pracy, a to w sumie nie koniec, bo niedługo z Natashą i Petem znowu zaczniemy ćwiczyć do pokazów i myśleć nad nowymi scenariuszami. Zwłaszcza, że kupili nowego siwego ogiera andaluzyjskiego.
![]() |
| Gringo dżentelmen, dzieli się śniadaniem z Beanie |
I tak właśnie wczoraj sobie z Czarkiem rozmawialiśmy podczas sprzątania padoku, że w sumie to nigdzie się nie pchamy, nie ogłaszamy się, po prostu robimy swoje. Ludzie to widzą i decydują się powierzać nam swoje własne konie. Co mnie trochę drażni wśród niektórych osób trenujących konie, to narzucanie swojego zdania właścicielom, taki swoisty brak dyplomacji. Przez te kilka lat pracy nauczyłam się, m.in. od Czarka, że lepiej coś pokazać niż gadać. Miałam prosty przykład kilka dni temu. Opiekuję się pewnym koniem tj. wyprowadzam go razem z naszymi i sprowadzam. Dla mnie to kilka minut, bo i tak idę w tamtą stronę, a dla właścicielki spora wyręka. Na początku tygodnia sprowadziłam go jak zwykle i postawiłam go sobie, rzuciłam linę na ziemię luzem przed otwartym boksem i zabrałam się za zmienianie derki. Właścicielka zainteresowała się czemu nie robię tego w boksie. Powiedziałam więc, że tak mi wygodniej jak mi się koń do żarcia nie pcha, on się szybko nauczył, że najpierw derka, potem żarcie, a do boksu nie wolno wlatywać na pełnej petardzie, jednocześnie uczy go to respektu do mnie. Pani bardzo się tym zainteresowała i zauważyłam, że razem z córką zadowolone stosują tą metodę.
I nie trzeba mówić, że źle robiły! Niedobrze! Gówno wiedzą! Wystarczy po ludzku pokazać i to tak tylko przypadkiem, przy okazji, bez pouczania, zwłaszcza, że one bardzo dobrze jeżdżą.
Ludzie nie są głupi i chamscy, tylko czasami po prostu nieświadomi. Rozmawiać jak najbardziej trzeba i wymieniać doświadczenia. Jak się człowiek za bardzo przechwala, to musi mieć świadomość, że ludzie będą go obserwować, komentować i przede wszystkim weryfikować, czy te przechwałki to ściema, czy rzeczywiście trafili na specjalistę. Niestety często okazuje się, że większość takich przechwałek to...hmm...gówno prawda, albo lekko naciągnięta rzeczywistość. Chrissie Mayhew powiedziała mi jakiś czas temu, że żyjemy w czasach kiedy każdy może sobie przed nazwiskiem dopisać "trener koni", "artysta - rzeźbiarz", czy "model", a życie i tak zweryfikuje każdego.
poniedziałek, 3 października 2016
Beanie, nasza mała diablica
Z dużym opóźnieniem, ale informujemy, że nasza końska rodzina powiększyła się o nowego członka - 2.5 letnią klacz AQH Mosly Bea Smart "Beanie"!
Emocje już trochę opadły, ale dalej nie mogę uwierzyć, że mam własnego wymarzonego Quarter Horse, w końcu marzyłam o tym od dobrych dziesięciu lat. W dodatku to moje ciche marzenie spełnił mój prawie mąż. Beanie jest moim prezentem ślubnym, z którego chyba nigdy nie przestanę się cieszyć.
Z początku plan był taki, żeby ściągnąć półtora roczną klacz z Polski. Nawet znalazła się taka, której rodowód bardzo mi odpowiadał (reningowo-cuttingowy), ale los tak chciał, że akurat w dzień gdy mieliśmy podpisywać umowę i wysyłać zaliczkę, pojawiła się Beanie! Nasza dobra znajoma, właścicielka Eldon Stud wysłała nam zdjęcia i filmik konia, którego chciała sprzedać jej weterynarz. Po obejrzeniu video i zdjęć nie było nad czym się zastanawiać i zadzwoniłam późno wieczorem do Geri, żeby jej znajoma absolutnie nie wystawiała konia do internetu, gdyż jesteśmy zdecydowani. Zwłaszcza, że jej rodowód jest właściwie idealny dla mnie, bo jest reiningowo-pleasure'owy.
Gdy pojechaliśmy ją oglądać okazało się, że świat jest bardzo mały gdyż znam dobrze jej pół siostrę LouLou. Przyjeżdża często na treningi do Bob'a Mayhew.
W tydzień później przybyła do nas Beanie. Przyjechała w towarzystwie drugiego konia (tak na wszelki wypadek, gdyż nie jeździła jeszcze na tak długie dystanse). Wyszła z horseboxa bardzo odważnie i chętnie weszła do swojego boksu tuż obok Gringo.
Na drugi dzień od razu poszliśmy do round-penu. Mamy z Beanie sporo ułatwień gdyż jej właścicielka rozpoczęła z nią pracę z ziemi dużo wcześniej i nie ma problemów z chodzeniem na halterze, dawaniem nóg, itp. Jest małą diablicą, ale daje nam dużo radości i lgnie do człowieka. Ja pracuję z nią głównie rano, a Czarek wieczorem. Nie są tą długie treningi, ot 20-30 minut. Wczoraj przyjęła swój pierwszy pad...i kompletnie nie zrobiło to na niej wrażenia.
Absolutnie nie odstawiam Gringo na boczny tor, również pracuje, mieli nawet swój mały epizod pracując razem na ujeżdżalni. Gringo w ogóle strzelił focha na dobre cztery dni gdy klaczka przyjechała. Zawsze był emocjonalny, ale nigdy nie reagował aż tak, zwłaszcza, że już wcześniej miałam inne konie pod opieką. Tym razem przez cztery dni nie dawał się głaskać i boczył się na wszystkich. Z Czarkiem "przeprosił się" szybciej, ale ja musiałam czekać do wieczora czwartego dnia.
Dzisiaj po raz pierwszy puściłam dzieciaki razem na jeden padok. Ona biegała wokół niego, a on ją kompletnie ignorował. Miło popatrzeć na naszą parkę.
Z naszej rodziny nowego konia pogratulował mi serdecznie mój Tata, a także Tata Czarka. Moja Babcia też była szczerze zainteresowana...ale na tym koniec. Reszta chyba uważa, że posiadanie drugiego konia to jakaś dzika fanaberia, pomimo tego, że o drugim koniu mówiłam od prawie dziesięciu lat i żeby było śmieszniej to mówiłam właśnie o takiej klaczy, w takim wieku. Nigdy byśmy się nie zdecydowali na dwa konie gdybyśmy nie mieli na nie miejsca i czasu, a życie akurat tak nam się ułożyło, że nastał właśnie TEN czas, żeby spełnić marzenia. Zwłaszcza, że na południu Anglii co druga rodzina ma dwa lub kilka koni przy domu i jest to tak naturalne jak posiadanie psa czy kota. Poza tym moja najulubieńsza pora dnia jest wtedy gdy o wschodzie słońca wyprowadzam moje konie na pastwisko. Czasami spotykam przy tym jelenie, króliki, albo myszołowy, które gniazdują na jednym z drzew. Nigdy nie zamieniłabym się z nikim na inne życie!
Emocje już trochę opadły, ale dalej nie mogę uwierzyć, że mam własnego wymarzonego Quarter Horse, w końcu marzyłam o tym od dobrych dziesięciu lat. W dodatku to moje ciche marzenie spełnił mój prawie mąż. Beanie jest moim prezentem ślubnym, z którego chyba nigdy nie przestanę się cieszyć.
Z początku plan był taki, żeby ściągnąć półtora roczną klacz z Polski. Nawet znalazła się taka, której rodowód bardzo mi odpowiadał (reningowo-cuttingowy), ale los tak chciał, że akurat w dzień gdy mieliśmy podpisywać umowę i wysyłać zaliczkę, pojawiła się Beanie! Nasza dobra znajoma, właścicielka Eldon Stud wysłała nam zdjęcia i filmik konia, którego chciała sprzedać jej weterynarz. Po obejrzeniu video i zdjęć nie było nad czym się zastanawiać i zadzwoniłam późno wieczorem do Geri, żeby jej znajoma absolutnie nie wystawiała konia do internetu, gdyż jesteśmy zdecydowani. Zwłaszcza, że jej rodowód jest właściwie idealny dla mnie, bo jest reiningowo-pleasure'owy.
Gdy pojechaliśmy ją oglądać okazało się, że świat jest bardzo mały gdyż znam dobrze jej pół siostrę LouLou. Przyjeżdża często na treningi do Bob'a Mayhew.
W tydzień później przybyła do nas Beanie. Przyjechała w towarzystwie drugiego konia (tak na wszelki wypadek, gdyż nie jeździła jeszcze na tak długie dystanse). Wyszła z horseboxa bardzo odważnie i chętnie weszła do swojego boksu tuż obok Gringo.
Na drugi dzień od razu poszliśmy do round-penu. Mamy z Beanie sporo ułatwień gdyż jej właścicielka rozpoczęła z nią pracę z ziemi dużo wcześniej i nie ma problemów z chodzeniem na halterze, dawaniem nóg, itp. Jest małą diablicą, ale daje nam dużo radości i lgnie do człowieka. Ja pracuję z nią głównie rano, a Czarek wieczorem. Nie są tą długie treningi, ot 20-30 minut. Wczoraj przyjęła swój pierwszy pad...i kompletnie nie zrobiło to na niej wrażenia.
Absolutnie nie odstawiam Gringo na boczny tor, również pracuje, mieli nawet swój mały epizod pracując razem na ujeżdżalni. Gringo w ogóle strzelił focha na dobre cztery dni gdy klaczka przyjechała. Zawsze był emocjonalny, ale nigdy nie reagował aż tak, zwłaszcza, że już wcześniej miałam inne konie pod opieką. Tym razem przez cztery dni nie dawał się głaskać i boczył się na wszystkich. Z Czarkiem "przeprosił się" szybciej, ale ja musiałam czekać do wieczora czwartego dnia.
Dzisiaj po raz pierwszy puściłam dzieciaki razem na jeden padok. Ona biegała wokół niego, a on ją kompletnie ignorował. Miło popatrzeć na naszą parkę.
Z naszej rodziny nowego konia pogratulował mi serdecznie mój Tata, a także Tata Czarka. Moja Babcia też była szczerze zainteresowana...ale na tym koniec. Reszta chyba uważa, że posiadanie drugiego konia to jakaś dzika fanaberia, pomimo tego, że o drugim koniu mówiłam od prawie dziesięciu lat i żeby było śmieszniej to mówiłam właśnie o takiej klaczy, w takim wieku. Nigdy byśmy się nie zdecydowali na dwa konie gdybyśmy nie mieli na nie miejsca i czasu, a życie akurat tak nam się ułożyło, że nastał właśnie TEN czas, żeby spełnić marzenia. Zwłaszcza, że na południu Anglii co druga rodzina ma dwa lub kilka koni przy domu i jest to tak naturalne jak posiadanie psa czy kota. Poza tym moja najulubieńsza pora dnia jest wtedy gdy o wschodzie słońca wyprowadzam moje konie na pastwisko. Czasami spotykam przy tym jelenie, króliki, albo myszołowy, które gniazdują na jednym z drzew. Nigdy nie zamieniłabym się z nikim na inne życie!
wtorek, 20 września 2016
Powrót do Eldon Stud
Po trzech latach konie dorosły, nabrały masy i stały się potulniejsze. Zwłaszcza Ginger, młoda klaczka szykowana do wyścigów. Na razie Czarek pracuje z nią z ziemi i młoda jak na razie odważnie przyjęła czaprak.
Najwięcej frajdy jest z młodym ogierkiem, dla którego wszystko jest zabawą. Na początku czaprak go przestraszył, a potem młody go po prostu...ukradł. Podczas całej sesji w round penie najważniejsze dla niego było, żeby złapać ten cholerny czaprak i zwiać :D
Czarek wrócił też do pracy ze swoją ukochaną Domingo. Z nią zapewne pójdzie najprościej gdyż była już przez niego jeżdżona. Na początek jak zwykle najważniejsza jest praca z ziemi, ale z tego co pamiętam to Domingo była pewniejsza i odważniejsza właśnie pod siodłem.
W Eldon Stud dużo się teraz zmieniło, nie ma połowy koni i część ziemi została sprzedana. Z drugiej strony Geri planuje postawić niewielką stajnię na tyłach tej obecnej. Teren całej starej farmy zostanie przekształcony w domy mieszkalne. Niespecjalnie jestem w stanie to sobie wyobrazić.
Relacje z naszych poprzednich poczynań w Eldon Stud można zobaczyć tutaj
![]() |
| Domingo i Ginger |
Z innych ciekawych info - przenieśliśmy Gringo! Niedaleko, bo tylko trzy mile od Boba. Bardzo ułatwiło mi to pracę, gdyż nie muszę już przemieszczać się między dwoma stajniami. Teraz wszystkie konie, na których jeżdżę mam w jednym miejscu i to bliżej naszego domu, ale jednocześnie nie tracimy kontaktu z Wye Oak. Tutaj w Bolingbroke Stud Gringo otrzymał własny boks, dwa padoki i kolegę...a ja mam masę pracy :D
| Widok z padoków |
| Gringo na włościach |
| Gringo i Olivier |
środa, 17 sierpnia 2016
Lideric - węgierski cyrkowiec
Ostatnimi czasy gdy nie mamy pokazów, staram się doskonalić moje umiejętności jeździeckie z poszczególnymi końmi, na których zdarza mi się występować. Ze Stormem i Iberico jest o tyle łatwiej, że bardzo dużo potrafią i podstaw szkoły hiszpańskiej uczę się głównie od nich. Za to prawdziwym wyzwaniem jest Lideric, zwany Lidem.
Lid, jak już kiedyś wspominałam, jest 12-letnim emerytowanym cyrkowcem i kaskaderem. Przy wykonywaniu sztuczek jest świetny, ale gdy chce się zrobić coś więcej to jest po prostu koszmarnie leniwy. I sprawdza wszystkich jeźdźców, chwila nieuwagi i już wiesz, że koń robi cię w przysłowiowego wała. Przez całą jazdę trzeba być skupionym wyłącznie na nim, nie ma gadania z koleżkami przy bramce, czy bezczynnego siedzenia na ujeżdżalni. Trzeba mu dawać nowe wyzwania inaczej będzie spał...albo straszył.
Dosyć dobrze mi się z nim układa i prawdopodobnie będę występować głównie na nim, więc postanowiłam więcej z nim pracować.
Tydzień temu po raz pierwszy założyłam na jazdę ostrogi. Podczas pierwszej próby podstawienia i przejścia ze stępa do kłusa, Lid zaczął "straszyć" rzucaniem głowy. Stary numer typu "ZARAZ STANĘ DĘBA!", ale robił to już przedtem i nigdy swoich "gróźb" nie spełnił. Gdy stwierdził, że to nie działa, to zaczął się cofać. Wprowadziłam go wtedy na małe koła, a po kilku zakrętach poprosiłam o ruch do przodu. Na pewien czas przełamałam jego opór i kłus wychodził nam dobrze, jednak gdy poprosiłam o wolty w kłusie, znowu postawił opór. Nie przestawałam działać łydką, potem przeszłam do fazy działania ostrogą, a wtedy Lid zrobił coś co w sumie mnie rozbawiło. Mianowicie zaczął wykonywać swoje wyuczone sztuczki czyli kłanianie się, kładzenie, siadanie. Wszystko byleby nie ruszać do tego cholernego kłusa! Byleby wyszło na jego. Jest to o tyle ciekawe, że sztuczki są dla niego trudniejsze do wykonania niż zwykła zmiana tempa.
I tym razem udało mi się przekonać go do ruchy i przez pewien czas trening przebiegał bez zakłóceń. Za to przy próbie przejścia do galopu, koniu wymyślił coś nowego - zaczął się płoszyć na zakrętach. Kaskader i cyrkowiec płoszący się na byle szelest? Wolne żarty! No ale nie z nami takie numery i w końcu zdołałam go przekonać, że nie robi to na mnie najmniejszego wrażenia (chociaż w pewnym momencie prawie wyleciałam z siodła). Koniec końców udało nam się zakończyć trening pozytywnie.
A z Gringo wróciliśmy na snaffle bit i jak na razie widzimy poprawę przy wykonywaniu manewrów. Tylko jak zwykle trzeba będzie popracować nad galopem, ale za to według tutejszych przepisów wolno nam startować na zwykłym wędzidle w klasach Novice bez względu na wiek konia. Jest to o tyle dobre, że Gringo będzie miał czas na lepsze otrzaskanie się ze startami i łatwiej będzie go w razie czego skorygować niż wtedy gdy jechał na czance.
Na Mistrzostwa niestety nie jedziemy, ale za to szykujemy się na zimowe zawody.
Lid, jak już kiedyś wspominałam, jest 12-letnim emerytowanym cyrkowcem i kaskaderem. Przy wykonywaniu sztuczek jest świetny, ale gdy chce się zrobić coś więcej to jest po prostu koszmarnie leniwy. I sprawdza wszystkich jeźdźców, chwila nieuwagi i już wiesz, że koń robi cię w przysłowiowego wała. Przez całą jazdę trzeba być skupionym wyłącznie na nim, nie ma gadania z koleżkami przy bramce, czy bezczynnego siedzenia na ujeżdżalni. Trzeba mu dawać nowe wyzwania inaczej będzie spał...albo straszył.
Dosyć dobrze mi się z nim układa i prawdopodobnie będę występować głównie na nim, więc postanowiłam więcej z nim pracować.
Tydzień temu po raz pierwszy założyłam na jazdę ostrogi. Podczas pierwszej próby podstawienia i przejścia ze stępa do kłusa, Lid zaczął "straszyć" rzucaniem głowy. Stary numer typu "ZARAZ STANĘ DĘBA!", ale robił to już przedtem i nigdy swoich "gróźb" nie spełnił. Gdy stwierdził, że to nie działa, to zaczął się cofać. Wprowadziłam go wtedy na małe koła, a po kilku zakrętach poprosiłam o ruch do przodu. Na pewien czas przełamałam jego opór i kłus wychodził nam dobrze, jednak gdy poprosiłam o wolty w kłusie, znowu postawił opór. Nie przestawałam działać łydką, potem przeszłam do fazy działania ostrogą, a wtedy Lid zrobił coś co w sumie mnie rozbawiło. Mianowicie zaczął wykonywać swoje wyuczone sztuczki czyli kłanianie się, kładzenie, siadanie. Wszystko byleby nie ruszać do tego cholernego kłusa! Byleby wyszło na jego. Jest to o tyle ciekawe, że sztuczki są dla niego trudniejsze do wykonania niż zwykła zmiana tempa.
I tym razem udało mi się przekonać go do ruchy i przez pewien czas trening przebiegał bez zakłóceń. Za to przy próbie przejścia do galopu, koniu wymyślił coś nowego - zaczął się płoszyć na zakrętach. Kaskader i cyrkowiec płoszący się na byle szelest? Wolne żarty! No ale nie z nami takie numery i w końcu zdołałam go przekonać, że nie robi to na mnie najmniejszego wrażenia (chociaż w pewnym momencie prawie wyleciałam z siodła). Koniec końców udało nam się zakończyć trening pozytywnie.
A z Gringo wróciliśmy na snaffle bit i jak na razie widzimy poprawę przy wykonywaniu manewrów. Tylko jak zwykle trzeba będzie popracować nad galopem, ale za to według tutejszych przepisów wolno nam startować na zwykłym wędzidle w klasach Novice bez względu na wiek konia. Jest to o tyle dobre, że Gringo będzie miał czas na lepsze otrzaskanie się ze startami i łatwiej będzie go w razie czego skorygować niż wtedy gdy jechał na czance.
Na Mistrzostwa niestety nie jedziemy, ale za to szykujemy się na zimowe zawody.
wtorek, 9 sierpnia 2016
Wye Oak Summer Show
Niestety tym razem nie mogłam wziąć udziału w rywalizacji ze względu na mój kiepski stan zdrowia, więc Czarek był "zmuszony" wystartować na dwóch koniach - Gringo i Kings Golden Tinsel vel Jax. Mnie tym razem przyszło tylko luzakować.
Pogoda jak zwykle z nas zakpiła i po pięknym poranku, jak tylko zaczęliśmy się wszyscy rozgrzewać, lunął deszcz i padał nieprzerwanie przez wszystkie klasy Traila. Zaskoczyło to chyba nawet meteorologów gdyż nikt nie zapowiadał deszczu tego dnia. Nikt też nie był przygotowany na deszcz, więc sporo osób nie miało kurtek, ani płaszczy i wszyscy wyglądaliśmy jak zmokłe kury.
![]() |
| Kings Golden Tinsel "Jax" |
![]() |
| Czarek i Gringo studiują schemat |
Potem Jax zajął jeszcze pierwsze miejsce w Open Pleasure i czwarte w Open Horsemanship ze swoją właścicielką Gail.
![]() |
| Z właścicielką Jaxa, Gail |
Wyciągnęliśmy już z tych zawodów naukę, przewertowaliśmy przepisy i jedną ze zmian będzie m.in. przejście na delikatniejsze wędzidło z Gringo i więcej zmiękczania Jaxa na ugięciach.
Jesteśmy lekko zawiedzeni, bo bardziej liczyliśmy na Gringo zwłaszcza, że trenowaliśmy uczciwie. Jest to wszystko o tyle trudne, że tutaj w Anglii startujemy dopiero drugi sezon i moim zdaniem ludzie są bardziej krytycznie nastawieni niż w Polsce. Obserwują każdy ruch i głośno wyrażają swoje opinie. Jedyne co można w tej sytuacji zrobić to ogłuchnąć i robić swoje.
Zdjęcia jak zwykle dzięki uprzejmości Anity :) Więcej tutaj: Wye Oak Summer Show
Dziękujemy serdecznie Asi za pomoc w luzakowaniu, a zwłaszcza, za przyniesienie mi suchej kurtki! Podziękowanie ślemy również Andrzejowi za robienie zdjęć i wsparcie mentalne.
Bez Was nie dalibyśmy rady!
wtorek, 26 lipca 2016
Kings Bromley Show - Olivants Equine Displays
![]() |
| Przygotowania do próby. Lid & Storm |
Pokaz nosił nazwę Kings Bromley Show i miał nieco mniejszy rozmach niż poprzedni Three County Show, ale za to mieliśmy większą publiczność, a nagłośnienie i konferansjerka były na dużo lepszym poziomie. Odgrywaliśmy tak jak poprzednio, dowcipną interpretację bajki o kopciuszku z niewielkimi zmianami. Zabrakło nam jednej osoby, Złowieszczego Hrabiego Glena co trochę utrudniło nam zadanie, ale efekt końcowy okazał się zadowalający.
Próba generalna, a raczej tryliard powtórzeń poszczególnych elementów występu, okazała się udana, chociaż musieliśmy zwolnić tempo pokazu ze względu na średnie rozmiary areny, ale też ze względu na mnie. Nabawiłam się tydzień temu zapalenia ucha środkowego i każdy szybszy obrót powodował u mnie lądowanie na tyłku, ku uciesze innych.
Tym razem jechałam na Lidzie, węgierskim Noniusie, emerytowanym cyrkowcu i kaskaderze, a w roli drugiej siostry partnerowała mi Robyn na Stormie, wałachu rasy andaluzyjskiej. Naszym zadaniem była głównie tak zwana animacja publiczności, oznaczało to dla nas dużo improwizacji i nawiązywaniu kontaktu z widownią. Z pomocą jak zwykle przyszedł nam Charlie, który jest zawodowym aktorem i kaskaderem konnym. Przed pokazem udzielił nam wszystkim kilku cennych rad. Jednak muszę przyznać, że tym razem zadanie nie było specjalnie trudne, publiczność chętnie nam odpowiadała, bez problemu nawiązałyśmy kontakt.
![]() |
| Lid & Storm |
Jedną ze zmian było wprowadzenie przez Pete'a krótkiego pokazu long reining'u, czyli pracy na długich wodzach. Przedstawili z ogierem Iberico kilka figur z hiszpańskiej szkoły jazdy co niezmiernie spodobało się publiczności.
![]() |
| Próba generalna. Pete & Iberico |
Nie obyło się bez drobnych wpadek. Iberico podczas końcowego paso-doble Natashy i Pete'a zaczął stroić fochy, wcześniej podczas naszego tańca również okazywał niezadowolenie. Następnie Storm przed drugim wyjściem na arenę odmówił współpracy. Najzabawniejszy jednak był Lid, który jak zwykle przy dwóch występach jednego dnia, po pierwszym - świetnym stwierdza, że on już swoje zrobił i więcej nie będzie. Pode mną był "tylko" ospały, ale podczas pokazu posłuszeństwa wyłamał się Natashy. Na szczęście szybko wrócił i wykonał swoje zadanie. Wyciągniemy z tego naukę na przyszłość, ale też specjalnie się nie przejęliśmy. Wiadomo, że takie rzeczy się zdarzają przy pracy z żywymi stworzeniami.
Jak zwykle cały show ukradł kucyk Billy the Dragon fenomenalnie odgrywając swoją rolę.
![]() |
| Charlie & Billy |
Podczas pokazów najbardziej lubię ten moment gdy ludzie podchodzą do nas i pytają o konie, o ich historię, rasę. Fajnie jest móc opowiedzieć innym coś nowego.
Jak na razie był to nasz ostatni pokaz tego typu w sezonie letnim. Podobno mamy już rezerwacje na przyszły rok na te same imprezy, a i szukamy pewnych możliwości (i pomysłów!) na sezon zimowy.
![]() |
| Od lewej: Robyn, Lid, Meg. Jedno ze zdjęć promujących Kings Bromley Show. |
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















